poniedziałek, 19 stycznia 2015

Mieszkanie deweloperskie - wykańczać samodzielnie czy zlecić profesjonastom?

Post ze wspomnieniami z okresu wykańczania przez nas mieszkania deweloperskiego zdaje się poruszył lawinę. Dostajemy od Was maile z pytaniami o etapy prac i o to, dlaczego uważamy, że te prace warto zlecić profesjonalistom. 

W zasadzie ten temat jest nam znów bliski, bo szukając projektu domu, licząc finanse i czas, zastanawialiśmy się czy ponownie podejmować rękawicę, czy tym razem odpuścić i zadbać o to, by ktoś, kto się na tym zna, doprowadził nasze nowe wnętrza do stanu, w którym można się do nich wprowadzić.

Nowe mieszkanie i etapy wykańczania

Wykańczanie nowego mieszkania to z całą pewnością wyzwanie. Kupując swoje wymarzone em od dewelopera, zwykle zastajemy gołe ściany, gołe podłogi, właściwie gołe wszystko. Nie ma nic. Wszystko trzeba zrobić samemu. A jest tego trochę. Nam doprowadzenie mieszkania do stanu, w którym mogliśmy się wprowadzić zajęło 1,5 roku - o rok dłużej, niż zakładaliśmy.

Pytacie dlaczego, zatem odpowiadamy:

1. Bo nie mieliśmy fachowej wiedzy z zakresu projektowania instalacji elektrycznej, instalacji wod-kan, a chcieliśmy zmienić to i owo, więc takie projekty musieliśmy zlecić i czekać na ich wykonanie.

2. Zanim mogliśmy jednak je zlecić, musieliśmy zaplanować podział funkcjonalny, zaplanować gdzie będą stały konkretne meble, gdzie będą wisiały lampy, gdzie będzie pralka, zmywarka, piekarnik, płyta, lodówka, gdzie będzie stało biurko, a gdzie łóżko i stoliki nocne z lampkami. Sporo rzeczy do ogarnięcia.

3. Gdy już mieliśmy wszelkie niezbędne projekty, pozwolenia, zaczęliśmy szukać poszczególnych wykonawców do realizacji projektu: kogoś od murowania, kogoś od elektryki, kogoś od hydrauliki, kogoś od malowania, kogoś od podłogi, stolarza, firmy, która wykona kuchnię, firmy, która wykona łazienkę, firmy od rolet....

Bardzo dużo czasu zajęło nam znalezienie firmy od kuchni. W poście o kuchni opowiadaliśmy Wam o naszych wędrówkach po salonach i poszukiwaniu kogoś, od kogo wreszcie nie usłyszymy "tego się nie da".

4. Jak ich wszystkich znaleźliśmy, to trzeba było wszystkie prace zgrać w czasie. Zgraliśmy. Sporządziliśmy super harmonogram, na kilka kartek, a w nim szczegółowo: kto, kiedy wchodzi, co robi, kiedy wychodzi. Niestety jeden poślizg super hiper ekipy, z którą się na szczęście pożegnaliśmy, spowodował, że wszystko się przesunęło.

Firma, która miała wykonać nam wylewkę dekoracyjną (naszą białą podłogę, którą znacie) miała kolejny termin dopiero za kilka miesięcy!!! W tym czasie we Wrocławiu i okolicach była to jedyna firma, która wykonywała takie podłogi. Poza tym zaliczka była wpłacona, musieliśmy zatem grzecznie czekać na swoją kolej. A bez podłogi nie mogła wejść kuchnia. Kuchnia, która była zaprojektowana co do milimetra. Zaliczka również zapłacona. Znów byliśmy uziemieni, bo firma od kuchni też miała swoje terminy. Do tego ekipa od staronu, która robiła nie tylko łazienkę, ale i panel pomiędzy szafkami w kuchni i zlewozmywak ze staronu. I oni też musieli się zgrać. Wszędzie podpisane umowy, wszędzie zapłacone zaliczki, a w umowach zapisy o karach za przesunięcie terminu z naszej winy. Opóźnienia, stres, strach i złość - mieszanka wybuchowa.

Nie zgrało się to zatem tak, jakbyśmy sobie to wymarzyli. Jeden poślizg, jedna źle wybrana ekipa i "Witaj Bursztynowo" zaśpiewaliśmy o cały rok dłużej. 

Więc nie wiem czy jest sens, byśmy Wam tutaj pisali, co dokładnie po kolei robiliśmy, skoro stoimy na stanowisku, że w sytuacji odbioru mieszkania lub domu w stanie deweloperskim, warto wszystkie prace od A do Zet zlecić profesjonalistom. Dlaczego?

piątek, 16 stycznia 2015

Biała łazienka - STARON jako alternatywa dla płytek.

Dostaliśmy od Was kilka e-maili z pytaniami co też w tej naszej łazience powyczynialiśmy, że jest cała w bieli, nie widać płytek, ani łączenia żadnych elementów i co jest na tych ścianach :) Z przyjemnością spieszymy z wyjaśnieniem.

Ściany w łazience i staron

Otóż w naszej łazience na ścianach położony jest staron - a dokładniej mówiąc płyty ze staronu. Wykonane na zamówienie, podobnie jak umywalka (też ze staronu). Ta została wykonana dokładnie według naszego projektu. Zależało nam na tym, aby uniknąć w łazience jakichkolwiek fug, aby było w niej jak najmniej podziałów. Dlatego wybraliśmy płyty ze staronu. Płyty Staron (solid surface) to specjalne tworzywo mineralno-akrylowe, niezwykle odporne na przebarwienia, na ogień, na wilgoć. Nawet po bardzo długim okresie użytkowania zachowuje swoje pierwotne cechy.

Dlatego też jedną stronę łazienki, jedną ścianę w której były dwie różne wnęki zabudowaliśmy w jednej linii - po jednej stronie umywalki mamy zabudowany i schowany dzięki temu kocioł gazowy, a po drugiej stronie umywalki są schowane półki, w których mieści się wszystko, czego człowiek w łazience potrzebuje. 

Zarówno drzwi do kotła jak i do półek otwierane są na zasadzie mechanizmu klik klak (czy jak on się tam nazywa).

Tak nasza łazienka prezentuje się ostatecznie:








A poniższe zdjęcia są z roku 2010 i w większości je znacie, ale aparat w naprawie (na szczęście gwarancyjnej), więc na razie tylko te zostają. Dzisiaj już mamy drzwi zamiast zasłonki, ale to już wiecie z poprzedniego postu :)

Biała łazienka
Umywalka - zaprojektowana na zamówienie, wykonana ze staronu i zamocowana na żelaznym stelażu, schowanym za zabudową - nic nie widać, a stabilnie, mocno, czyli bezpiecznie :)

Biała łazienka

Biała łazienka, staron w łazience
W lustrze obija się grzejnik, który zamontowany jest po drugiej stronie. Pytaliście o nazwę: grzejnik to Vasco Niva w kolorze oczywiście białym.


Kratki wentylacyjne ze staronu

W jednym z maili pojawiło się pytanie o kratkę wentylacyjną :)))) to pytanie wywołało uśmiech na naszych twarzach, bo swego czasu ta kratka dość mocno spędzała nam sen z powiek. Jak wiecie jesteśmy "szczególarzami", każdy detal był dla nas ważny, czy to podczas projektowania kuchni, czy łazienki czy innych pomieszczeń. Mieliśmy swoją wizję i chcieliśmy ją jak najbardziej urzeczywistnić. 

A temat kratek wentylacyjnych to temat rzeka. Oj długo ich szukaliśmy - zarówno tej do łazienki, jak i tej, która jest na ścianie z lodówką oraz tej, która zakrywa skrzynkę z bezpiecznikami. Nie podobało nam się nic, co było wówczas dostępne na rynku, więc narysowaliśmy takie kratki, a firma, która wykonywała dla nas rzeczy ze staronu (parapety, zlewozmywak, panel nad szafkami w kuchni i całą zabudowę w łazience) wykonała nam je ze staronu. Robota godna mistrza - ja nie wiem, jak można zrobić tak równe i tak doskonałe wcięcia w takim materiale twardym, ale wyszło pięknie.

Kratka wentylacyjna staron


Wylewka na podłodze w łazience

Na podłodze mamy położoną, a raczej wylaną tę samą wylewkę dekoracyjną, co w całym mieszkaniu. Tutaj zależało nam między innymi na tym, aby w mieszkaniu uniknąć jakichkolwiek progów, jakichkolwiek łączeń. Dlatego też taka sama podłoga pojawiła się w łazience. Sprawdza się wyśmienicie. W strefie prysznica została wzbogacona jakimś materiałem, dzięki któremu się nie ślizgamy i jest bezpiecznie.

Szyba prysznicowa

Szyba prysznicowa, która jest jedną wielka taflą od sufitu do podłogi to również konsekwencja naszych założeń o minimalizacji podziałów. Mocna, stabilna szyba jest niewiarygodnie bezpieczna i dzięki specjalnej powłoce (nie pamiętam jak się nazywa) świetna do utrzymania w czystości. Nie ma żadnych zakamarków, gdzie może się gromadzić nie wiadomo co, a na tym nam bardzo zależało.

Biała łazienka, szyba prysznicowa
Tutaj nie mamy jeszcze zamontowanej maskownicy na odpływ - odpływ jest liniowy.
Biała łazienka
Tutaj jeszcze nie ma zamontowanej szyby prysznicowej - po prawej stronie widać tę kratkę wentylacyjną, o której była mowa. Ten niezagospodarowany fragment po prawej to miejsce na lustro.


I tak to przedstawia się techniczna karta naszej łazienki. :) Łazienki minimalistycznej, w której więcej nie ma, niż jest. Mimo jednak, że minimalistyczna, to pracy w nią włożyliśmy maksymalnie dużo. Mnóstwo czasu spędziliśmy na poszukiwaniu baterii, które nam by się podobały, na poszukiwaniu materiału na ścianę, na poszukiwaniu miski ustępowej też. Pamiętajcie, że to był 2009 rok i oferta takich produktów nie była tak szeroka, jak obecnie. Nie uwierzycie, jak długo nie mogliśmy znaleźć wspomnianej miski ustępowej (ale ładna nazwa ;) ) i jak się cieszyliśmy, gdy w końcu ją znaleźliśmy. Proza życia. 

No i dlatego jeszcze raz powtórzę, że pomimo, że wspomnienia piękne, pomimo, że satysfakcja ogromna, bo wszystko ogarnęlismy sami, to przez to, że zajęło nam to 1,5 roku, nigdy więcej tego zadania się już nie podejmę. I Was też namawiam do tego, że może jednak warto znaleźć kogoś, kto ten temat ogarnie za Was, a Wam zostaną jedynie przyjemności :)

Dziękujemy Wam za wszystkie maile i za pytania :) Pytajcie śmiało, jeśli tylko będziemy mogli jakoś pomóc, coś podpowiedzieć to zawsze możecie na nas liczyć :)

Serdecznie pozdrawiamy,
Magda i Sebastian

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Wykańczanie mieszkania deweloperskiego - kolaż wspomnień.

Początek roku to dobry czas na rozmaite domowe akcje, które porządkują przestrzeń domową. To dobry moment między innymi na przejrzenie starych dokumentów i wybranie tych, które mogą zmienić miejsce pobytu czyli takich, które można eksmitować z segregatorów spraw bieżących do miejsca oznaczonego jako "głęboko i daleko w szafie". Czyniąc zadość tej mojej dorocznej tradycji, otworzyłam w ostatni weekend segregator z napisem Dokumenty Domowe z zamiarem ogarnięcia sterty wpiętych kartek i karteczek. Już pierwszy rzut oka na najdalsze dokumenty spowodował, że zamiast wybierać, porządkować, przeniosłam się kilka lat wstecz...... i siedziałam tak ładnych kilka godzin z jednym segregatorem, oglądając każdy świstek, każdy jeden dokument z roku 2009 i 2010...

Momentami wzruszenie mnie ogarniało, momentami pojawiał się uśmiech i rozbawienie, gdy przypominałam sobie rozmaite chwile, gdy czegoś szukaliśmy, gdy coś projektowaliśmy, a momentami włos mi się jeżył na głowie, gdy uświadamiałam sobie, ile czasu nam zajęło wykończenie naszego mieszkania. 

Do odebranego mieszkania deweloperskiego weszliśmy w maju 2009, z pracami ruszyliśmy w czerwcu, a wprowadziliśmy się 17 lipca 2010. Kawał czasu, który teraz zorganizowałabym nieco inaczej. Ale teraz przemawia za mną doświadczenie, a wtedy wydawało mi się, wydawało nam się, że wszystko możemy ogarnąć sami. Sami szukaliśmy każdego wykonawcy, począwszy od zmian w instalacjach, przez malowanie, położenie (a raczej wylanie) podłogi, wykonanie mebli kuchennych, wykonanie zabudowy w łazience, gładzie, malowanie...... ech.... każdy wykonawca inny, każdy miał swoje terminy, zobowiązania. I wszystko tak się potwornie ciągnęło.

Do tego czas poświęcony na wybieranie tego całego osprzętu: każdej baterii, każdego sprzętu agd, każdej kratki wentylacyjnej i każdego jednego drobiazgu. Wszystko musieliśmy sami. Bo trzeba było dotknąć, bo trzeba było sprawdzić..... sprawdzić opinie, porównać ceny. Samemu.

A ponieważ ze starego mieszkania wyprowadziliśmy się w lutym 2009 to 1,5 roku mieszkaliśmy u rodziców: część czasu u Rodziców Sebastiana, część u mojej Mamy. Ich pomoc w tym zakresie okazała się bezcenna. Gdyby nie to, to tułalibyśmy się pewnie po jakichś wynajmowanych mieszkaniach. Jak sobie przypomnę ten czas, to ciągłe przesuwanie terminów, te rozmaite problemy z jednym, a z drugim wykonawcą, te trudności w zgraniu wszystkich prac - to włos się jeży. Zatem kończę z przypominaniem, kończę przeglądać dokumenty i chowam je do teczki z napisem: do zapomnienia.

Do zapomnienia, bo nie chciałabym przez to przechodzić kolejny raz. Teraz zdecydowałabym się na jakąś firmę, która oferuje wykańczanie pod klucz. Aby zajęli się wszystkim: projektem, zorganizowaniem wykonawców, wykonaniem prac, zakupem potrzebnych materiałów. Wszystkim. Pewnie, że taki czas kiedy szuka się rozmaitych, nowych rzeczy do mieszkania może być też czasem wspaniałym. Jest wiele dobrych emocji, radości, że to już, że już za chwilę. Ale jak to "za chwilę" przedłuża się o rok niemal, to człowiek jest najzwyczajniej już tym zmęczony. Chociaż cieszę się, że wszystko udało nam się tak dopracować, jak nam się marzyło, to już chyba nie miałabym siły jeszcze raz przez to przechodzić. Nie miałabym chyba sił na takie długie oczekiwanie i na samodzielne boksowanie się ze wszystkimi problemami. A ponieważ przed nami za czas jakiś budowa domku, to doświadczenie to zapisuję na swojej osobistej karcie pamięci i nie zawaham się go użyć.



Dokumenty zatem przejrzane. Posegregowane. Schowane do teczki. Teczka schowana do szafy. Na najwyższą półkę. I bardzo głęboko.

A dla przywołania wspomnień kilka fotek z tamtego okresu, nie obrobionych, rozmaitych, zwyczajnych... robione czym popadnie, co było pod ręką, zatem wybaczcie jakość. Taki kolaż wspomnień :)

Zapraszam na sentymentalną mini podróż do 2010 roku :) 

 Ostatnie, ostatnie, ostanie, najostatniejsze poprawki :)
Ostatnie poprawki gładzi robił już papierem wodnym Sebastian. Mimo, że pierwszy raz w życiu - to wyszło znakomicie. Uzyskał to, czego żaden fachowiec nie zrobił - idealnie gładką ścianę.



 17 lipiec 2010  - jesteśmy :)))

To był najgorętszy dzień tego lata. O 8.30 gdy zaczęliśmy przeprowadzkę było już prawie 30 stopni! Po wniesieniu wszystkich mebli (wiele ich nie było), kartonów (było ich mnóstwo) padliśmy na podłogę w przedpokoju i spaliśmy 3 godziny. Potem zamówiliśmy pizzę, zjedliśmy i znów padliśmy. Potem wstaliśmy, wyciągnęliśmy z folii materac i padliśmy już do rana.



A to nasza pierwsza kawa i pierwsza przygoda z płytą indukcyjną - aby zagotować wodę, musiałam odnaleźć instrukcję. W tych wszystkich pudłach! 

sobota, 10 stycznia 2015

Mission Impossible

No i to by było chyba na tyle mojego hamowania. Nie da rady. Nie umiem. Nie potrafię. Nie chcę. 

Nie umiem nie pisać. Już nie umiem. Czy to nałóg, czy to taka ogromna potrzeba czucia, że tam jesteście, potrzeba podzielenia się z Wami rozmaitościami... I to i to chyba. Nie odpisałam na żaden komentarz pod ostatnim postem. Nie mogłam. Przepraszam. Ale co czytałam od nowa każdy z nich, to po prostu coś mnie w gardle ściskało i nic nie mogłam napisać. Dziękuję Wam za każdy z nich, za każde dobre słowo i za kciuki i za życzenia i za niesamowicie dobrą energię. Dziękuję Wam, że jesteście.

No i maile. Tyle maili od Was. Żeby nie rezygnować. Że brakuje Wam mojej pisaniny. I z zapytaniami czy stało się coś złego. To niesamowite. Nie spodziewałam się. 

Od 10 dni chodzę jak struta. Mam co robić, a jakże. Ale struta jestem i tyle. I mój mądry mąż wziął mnie wczoraj za rękę i powiedział: pisz. Nie rezygnuj. Najwyżej z innymi sprawami pójdzie wolniej, ale nie rezygnuj z bloga, bo widzę, że nie możesz. Takiego mam swojego Sebastiana tego.... 

A ja faktycznie nie mogę.

Więc jestem. Wróciłam. I będę. Trochę mniej. Nie tak intensywnie, ale będę.  Dziękuję Wam jeszcze raz, że i Wy jesteście. 

Ech działo się działo przez te 10 dni. Mam wrażenie, że pół roku już minęło. Ala na dzisiaj to tylko tyle. Taki telegraficzny skrót mojej pierwszej, ważnej wiadomości w tym roku. 

I wiecie co? I od razu mi lepiej. Z każdą napisaną literką, z każdym słowem, które pojawia się na monitorze jest mi lepiej. I mam ochotę zaśpiewać jedną z moich ulubionych piosenek :)))))


Dobrej nocy :))))
i do nastepnego!
Magda

zdjęcie: pinterest