czwartek, 31 lipca 2014

Siła wyobraźni

Mamy z Sebastianem swoje codzienne rytuały. Jednym z nich jest wieczorne umawianie się na randki na naszym balkonie i uczestniczenie w spektaklach, na które codziennie zaprasza nas natura. I na które to przedstawienia zawsze mamy bilet w pierwszym rzędzie :)

Pogoda nie ma największego znaczenia. Nasz balkon jest zadaszony, więc nawet gdy pada deszcz, my rozmarzeni siadamy na naszych krzesełkach i rozmawiamy, obserwujemy, marzymy, planujemy. Pisałam Wam już kiedyś o tym, jak lubimy obserwować podniebny taniec nietoperzy, które wieczorami szybują na naszym osiedlu. Ale codziennie obserwujemy również zachody słońca, a gdy niebo jest zachmurzone, przyglądamy się chmurom i opowiadamy sobie, co ich kształty nam przypominają. To niesamowite, co wyobraźnia nam czasem podpowiada.

A siła wyobraźni potrafi być naprawdę wielka. Pamiętacie mój cyklamen, który został przeze mnie przysposobiony do roli magnolii? Pisałam o nim w poście Papierowa torba i cyklamen w roli magnolii. Mało, że ja uwierzyłam, że to naprawdę magnolia, to biedny cyklamen sam chyba w to uwierzył, bowiem, jak tylko opadły ostatnie kwiaty z prawdziwych magnolii, on sam zrzucił niemal wszystkie płatki. Siła wyobraźni :)

A o tej sile przekonałam się również wczoraj. Posłuchajcie...

Jest wieczór, powoli kończymy pracę. Ja idę zaparzyć dla nas herbatę, Sebastian robi kanapki. Futra głośno domagają się swojej kolacji - dostają wieczorną porcję kulek. Zapowiada się kolejny wspaniały wieczór na naszym balkonie. To nic, że najwyraźniej zbliża się do nas burza i to nic, że właśnie zaczęło padać. Pomimo, że za chwilę leje już na całego, siadamy z kubkami w rękach na krzesełkach, Tygrysia zaczyna leżakowanie na dywanikach (wystraszony Morfi dał dyla pod sofę), a my wsuwamy kanapki i chłoniemy zapach lawendy, która wieczorami pachnie szczególnie pięknie, chłoniemy odgłosy ulewy, która od nas na wyciągnięcie ręki, chłoniemy każdą chwilę z magicznego wieczoru. 

Obserwując błyskawice, słuchając grzmotów, które są coraz bliżej i coraz bardziej zdają się rozrywać niebo, debatujemy nad tym, gdzie chcemy mieszkać. Morze czy góry? Zdecydowanie wygrywają góry, w wyobraźni przenosimy się do Karpacza, budujemy kamienny dom, snujemy plany przyszłych wędrówek... Ba! Niemal widzimy naszą ukochaną Śnieżkę. 

Wciąż rozmawiając o Karkonoszach, zarządzamy odwrót do sypialni, ja wstaję i patrząc przed siebie (no trochę na ukos), nie wierzę własnym oczom! Przed sobą mam bowiem widok jednej z moich ulubionych gór przy Wilczej Porębie w Karpaczu. Przez chwilę zastanawiam się, co było w tej herbacie, której wypiłam dzisiejszego wieczoru dwa kubki :) Stoję kilka minut i będąc przekonana, że to chmura sprawiła mi taki psikus, gnam do gabinetu po aparat, żeby uwiecznić ten widok, zanim się rozwieje. 

I do dzisiejszego ranka byłam przekonana, że to chmura, pomimo, że dziwiłam się, jakie to niesamowite, że niemal widzę czubki drzew, które rosną na tej "górze". Byłam zachwycona tym, jak wspaniale uformowały się chmury i jak długo trzymały ten kształt. 

A dzisiejszego poranka, podczas tradycyjnej konsumpcji śniadania, zwyczajowo uprawianej na balkonie, zerkam w stronę swojej góry i widzę kępę drzew, której nigdy do tej pory nie widziałam przecież! Przyzwyczajona do tego codziennego widoku, w marzeniach całkowicie przeniesiona do Karpacza, dnia poprzedniego zobaczyłam w nich górę, górę utkaną z chmur. Siła wyobraźni :) Dobrze, że nie pobiegłam po mapę i nie ruszyłam na szlak :)


Zanim zaprezentuję Wam oszukańczą górę, pochwalę się  goździkami, które dostałam w sobotę od Mamy. Nigdy nie miałam goździków, ale te są tak piękne, że od niemal tygodnia je podziwiam i obserwuję, jak pięknie rozkwitają.

Goździki na balkonie




 A teraz prezentuję zatem górę, która miała być wytworem wyobraźni, 
a okazała się drzewami, co widać na zdjęciu dziennym :)
 (widoczna w prześwicie pomiędzy pierwszym i drugim domkiem z lewej strony)

Osiedle Bursztynowe Wrocław


Osiedle Bursztynowe Wrocław


I gdy myślę o tym wczorajszym wydarzeniu nasuwają mi się cztery rozwiązania:

1. Sebastian dosypał mi czegoś do herbaty.
2. Marks i Spencer nasypali czegoś do woreczków z herbatą, bo herbata była od nich.
3. Mama dosypała mi czegoś do tych woreczków, bo herbata była prezentem od niej.
4. Gdy w wyobraźni i w marzeniach przenoszę się do ukochanych miejsc, wysyłam tak silne impulsy mojemu umysłowi, że ten naprędce projektuje mi wizualizacje, aby marzenia stawały się bardziej realne.

Wybieram opcję czwartą i traktuję to jako znak, że Karkonosze to nasze miejsce na ziemi :) Czas nam pakować tobołki i ruszać w drogę.



A poniżej mina Morfiego, gdy słyszy pierwszy grzmot :) Gdy słyszy drugi grzmot, daje dyla pod sofę :)

Kot na balkonie
Za oknem pada, 
moja góra wciąż na swoim miejscu, 
obok laptopa lista zadań do zrealizowania, 
w lodówce niezrobiony obiad czeka na zrobienie, 
bałagan w mieszkaniu czeka na uporządkowanie, przed przyjazdem Taty, 
wieczorem jedziemy z Tygrysią na kroplówkę,
po powrocie idziemy na randkę na balkon.
Zwyczajny dzień.



Serdecznie Was pozdrawiam i pięknego popołudnia życzę :)
Magda

poniedziałek, 28 lipca 2014

Urządzamy gabinet - stylowe biurko czy stylowy sekretarzyk?

Nie samą pracą człowiek żyje. Warto robić sobie przerwy nie tylko na drugie śniadanie, ale również po to, żeby planować, marzyć i wykombinować, jak do konieczności realizacji naszych marzeń, przekonać naszą drugą połowę :)

Dzisiaj moje marzenia kręcą się wokół tematu urządzania mojego przyszłego gabinetu. W przyszłym domku. W miejscu naszym, którego jeszcze nie ma, ale które na pewno wkrótce znajdziemy. Pomarzyć o nim mogę już teraz. To, że go nie ma, daje mi paradoksalnie pewną przewagę, ponieważ mogę całkowicie swobodnie puścić wodze wyobraźni i wymarzyć sobie dosłownie wszystko :)

Kiedyś marzyło mi się takie ciężkie, drewniane biurko, które jest niejako symbolem luksusu i które wprowadza do wnętrza klasę. Potem zamarzyłam o białym biurku nowoczesnym, gdzie tylko blat i nogi - bez żadnych przyległości (takie mam obecnie). Jeszcze potem marzyło mi się wielkie, odrapane biurko, pasujące raczej do wnętrz industrialnych. A kilka dni temu wprowadzałam do naszego sklepu prowansalskie meble do gabinetu, w których z miejsca się zakochałam i podjęłam decyzję, że jeden z sekretarzyków musi stanąć w naszym przyszłym domku. Ale czy koniecznie w gabinecie?

Mój gabinet domowy ma ściśle określone przeznaczenie: nie chodzę do biura, ale musi być w nim wszystko, co w takim biurze się znajduje: regały, szafy, meble pomocnicze...  A co z miejscem do pracy: tradycyjne biurko czy sekretarzyk?

Stylowe biurka są z reguły masywne, mają mnóstwo miejsca do pracy, kilka szuflad i szafkę. Można mieć na blacie mnóstwo dokumentów i ważnych papierów, a jednocześnie zachować porządek i jakąś ustaloną organizację. A czy sekretarzyk ma dość przestrzeni do codziennej biurowej pracy? Ot, zagwozdka. Może lepiej zdecydować się na stylowe biurko, które podkreśli klimat naszych wnętrz (zależy mi na klimacie sielskim), a sekretarzyk zaprosić do sypialni? Mogłabym wtedy na tradycyjnym biurku tradycyjnie ciężko pracować :) a na sekretarzyku pisałabym swoje opowiadania i listy do bliskich. W szufladkach miałabym koperty, pachnącą papeterię, wieczne pióro (szkoda, że nie gęsie). I siedząc wieczorami pisałabym, pisała i pisała..... 


Czyli sekretarzyk absolutnie i bezapelacyjnie potrzebny jest. Bo praca, pracą, ale pisanie opowiadań, wymaga nieco innej przestrzeni, z dala od rachunków, faktur i segregatorów z dokumentami. Czy jednak biurko i sekretarzyk to nie za wiele?

A może sam sekretarzyk wystarczy? W sumie i tak pracuje się teraz głównie na komputerze, tej przestrzeni nie potrzeba tak dużo.....  Jeżeli dodatkowo taki sekretarzyk ma zamykany blat - sytuacja idealna. Po pracy mogłabym po prostu podnieść blat i cały bałagan schowany. Idealny porządek w jedną sekundę. Poza tym sekretarzyk ma przeważnie masę małych szufladek, które pomagają w uporządkowanym przechowywaniu rozmaitych dokumentów i przyborów biurowych. Ja uwielbiam szufladki i teraz mi ich bardzo brakuje.

Sekretarzyk jest też lżejszy wizualnie, więc jeśli pomieszczenie na ten gabinet nie będzie za duże, taki sekretarzyk nie obciąży przestrzeni, a doda jej lekkości. Poza tym sekretarzyk ma jeszcze tę przewagę nad biurkiem, że można go postawić w holu, w sypialni i w zasadzie w każdym pomieszczeniu.

Ale, że: zasadniczo bałaganu na biurku nie przewiduję, a miejsca na blacie do pracy potrzebuję sporo, bo lubię mieć wszystko poukładane i że: o tradycyjnym, stylowym biurku marzyłam od dziecka, a marzenia z lat dziecięcych warto spełniać - biurko jest też niezbędne.

Przeprowadzając ten nader logiczny wywód, powoli zmierzam do końca i przychodzi czas na to, aby wnioski z procesu myślowego przedstawić mężowi memu. A te wnioski to ni mniej ni więcej, tylko absolutne przekonanie, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby kupić i sekretarzyk i biurko. Ba! One są nam po prostu życiowo niezbędne i mój kochany mąż musi to zrozumieć. A ja mu w tym oczywiście pomogę :)


Chcę Wam dzisiaj również pokazać nasze urocze prowansalskie sekretarzyki, ale najpierw szczypta inspiracji, jak taki sekretarzyk może się cudnie wkomponować we wnętrze i jaki wyjątkowy klimat tworzy (inspiracjami zamierzam również inspirować Sebastiana):



Stylowy sekretarzyk

 Stylowy sekretarzyk do pracy,
   
Stylowe sekretarzyki dekoruję wnętrza

Stylowe sekretarzyki, białe sekretarzyki



Popatrzcie też na sprawców mojej dzisiejszej burzy umysłu: prowansalskie sekretarzyki, które zawróciły mi w głowie:

Prowansalski sekretarzyk, klasyczny sekretarzyk z drewna
Prowansalski sekretarzyk na toczonych nogach

Prowansalski sekretarzyk, klasyczny sekretarzyk z drewna
Drewniany sekretarzyk zamykany

Prowansalski sekretarzyk, klasyczny sekretarzyk z drewna
Stylowy sekretarzyk zamykany z szufladami

Prowansalski sekretarzyk, klasyczny sekretarzyk z drewna
Stylowy sekretarzyk z litego drewna

Prowansalski sekretarzyk, klasyczny sekretarzyk z drewna
Mały sekretarzyk prowansalski


Wszystkie te sekretarzyki znajdziecie: tutaj 

Każdy sekretarzyk może być w dowolnym kolorze z kolekcji Lawendowa Prowansja, a wzornik kolorów znajdziecie tutaj: Meble Prowansalskie na zamówienie

A na koniec chciałam się pochwalić jak mój mąż dba o to by mi się przyjemnie pracowało :)
oto, jak dzisiaj udekorował mój gabinetowy parapet :

Kwiatuszki w buteleczkach Osiedle Bursztynowe wrocław



Pozdrawiam Was bardzo serdecznie
i życzę całego pięknego tygodnia :)
Magda


źródła zdjęć: pinterest, www.milemaison.pl

sobota, 26 lipca 2014

Biała Podłoga w naszym mieszkaniu - White Floor.

Kiedy pod koniec 2008 roku planowaliśmy aranżację naszego mieszkania, które w kwietniu 2009 mieliśmy odebrać od dewelopera, spędziliśmy długie godziny w internecie i w księgarniach. Wertowaliśmy czasopisma wnętrzarskie, przeglądaliśmy katalogi firm meblarskich i buszowaliśmy po portalach wnętrzarskich - głównie zagranicznych, ponieważ biała podłoga była u nas wtedy baaaardzo rzadko spotykanym okazem wnętrzarskim. 

Początkowo upierałam się przy orzechu amerykańskim - wizja totalnie białego mieszkania nieco mnie przerażała: białe ściany, biała kuchnia, biała łazienka, białe meble, białe drzwi, białe rolety. Za dużo tej bieli (myślałam sobie) - niech chociaż podłoga będzie kontrastem. Tym bardziej, że nie było wtedy w internecie morza zdjęć wnętrz z białymi podłogami - tak jak jest dzisiaj. Ale po obejrzeniu jednego  z włoskich katalogów z meblami, którego motywem przewodni była biel: białe meble na pięknej białej podłodze - zrozumiałam, że biała wizja Sebastiana ma sens. Przepadłam na amen, a amerykański orzech poszedł w zapomnienie. 

Kiedy zatem było już wiadomo, że biel, pozostawało wybrać materiał. A że marzyła nam się podłoga jednolita w całym mieszkaniu, bez progów, bez przejść, wybraliśmy gładką wylewkę poliuretanową. Zatroskani rodzice, zdziwieni znajomi, zdziwieni pracownicy, którzy kładli gładź, zdziwieni hudraulicy, zdziwiony Pan od szyby prysznicowej - nie zasiali u mnie ani ziarnka wątpliwości. Wręcz przeciwnie: moja buntownicza natura po raz kolejny dała o sobie znać: jak to? wszyscy odradzają? że blado? że brzydko? że jak Ty będziesz sprzątać??? To ja im pokażę :) 

I mamy białą, idealnie gładką podłogę bez przejść - taką samą wszędzie: nawet pod prysznicem. Pod prysznicem nie mamy ani brodzika, ani nic innego podobnego - po prostu podłoga z odpowiednim spadkiem. I z jakimś dodatkowym materiałem, aby mniej ślizgająco było i aby pod prysznicem tańczyć jeno z własnej woli, a nie z przymusu złapania równowagi.

W mieszkaniu generalnie króluje biel: biała podłoga, białe ściany, białe drzwi, biała kuchnia (jak wiecie), biała łazienka bez ani kropli koloru, biała sypialnia, biały salon - gabinet z nie-białą szafą :) Jest jasno, przestronnie, a energii dodajemy kolorowymi dodatkami: czerwona komoda w salonie, szara poduszka z żółtym plusem na białej sofie, kolorowy dzbanek w kuchni, kolorowe gałki w sypialni, obraz w złotej ramie z dziewczyną w żółtej sukni (o którym kiedyś Wam pisałam). 

Początkowo białe było wszystko, ale powoli nasze mieszkanie ulega metamorfozie - nie jest już idealnie białe. Ale nawet mnie to cieszy, bo energia pochodząca z kolorów jest bardzo ważna. I uwielbiam żółty plus na szarej poduszce,  kolorową porcelaną, którą ostatnio zbieram :) czerwona komodę z kolorowymi gałkami też uwielbiam :)

O dziwo, ku zdziwieniu również rodziców, znajomych, pani listonoszki, panów kurierów  - tę biel się sprząta idealnie :) bez ciśnienia, bez zmęczenia - wystarczy przysłowiowe przetarcie :)

I wiem, że w naszym domku, który nam się marzy, a że marzenia się spełniają, to jest nadzieja, że go wybudujemy - podłoga też będzie biała. Bezapelacyjnie :) Sprawą dyskusyjną jest jedynie materiał: czy zostaniemy przy wylewce, czy będą to zwykłe deski pociągnięte białą farbą. Zobaczy się  :) Zresztą ostatnie nasze dyskusje na ten temat, stały się przyczynkiem do tego postu. Gdy tak wędrujemy w poszukiwaniu naszego miejsca, snujemy też wizje domku i jego urządzenia. Jak nie pracujemy to albo gramy w szachy, albo jeździmy w pogoni za czerwoną kulką (czytaj: zachód słońca), albo projektujemy nasz przyszły dom.

I było już na naszym blogu o czarnej podłodze we wnętrzach, był post o wyjątkowym Domu w Hudson Valley, który urzekał oryginalnymi  drewnianymi podłogami w romby, to teraz czas na podłogę białą :) Mam dla Was kilka inspiracji, wybranych z całego oceanu zdjęć wnętrz, w których króluje biała podłoga. Mam też kilka zdjęć naszej podłogi, które pochodzą z różnych okresów. 

Zacznę od podłogi naszej :)

Biała podłoga w mieszkaniu, biała wylewka na podłodze, białą podłoga w kuchni, białe wnętrza, białe meble kuchenne na wysoki połysk
Widok z kuchni: biała podłoga, białe meble, białe ściany, biały hol :)

Biała podłoga w mieszkaniu, biała wylewka na podłodze, białą podłoga w kuchni, białe wnętrza, białe meble kuchenne na wysoki połysk

Biała podłoga w mieszkaniu, biała wylewka na podłodze, białą podłoga w kuchni, białe wnętrza, biała podłoga w kuchni, biała podłoga w przedpokoju
Widok z gabinetu: biała podłoga, białe drzwi, biała kuchnia, białe ściany - białe wnętrze nasze

Biała podłoga w kuchni, białe meble kuchenne na wysoki połysk

Białe wnętrze, biała podłoga, białe meble kuchenne na wysoki połysk

Białe wnętrze, biała podłoga, szary fotel ikea, drzwi malowane farbą tablicową



Białe wnętrze, biała podłoga, biała szafa ikea, beżowe poduchy
Nasza sypialnia i kawałek białej podłogi.


i jeszcze kolaż kilku zdjęć - zrobione na etapie wykańczania, widać, że pewne rzeczy nie były jeszcze skończone, ale chcę Wam pokazać podłogę:


Biała łazienka, staron w łazience, umywalka ze staronu
Ściany w łazience mamy obłożone wielkimi płytami z białego Staronu (nie chciałam tradycyjnych płytek). Ze staronu jest też umywalka, robiona na zamówienie (podobnie jak zlewozmywak kuchenny).




A teraz zapraszam na szczyptę inspiracji, które miały mi pomóc znaleźć odpowiedź na pytanie:
 jaka podłoga w nowym mieszkaniu: idealnie gładka czy dechy,
 a jak dechy to błyszczące czy odrapane?

Tym dwóm pierwszym zdjęciom przyglądam się od kilku dni i ciągle nie mogę zdecydować: czy bardziej podoba mi się lśniąca biel, czy biel nieco podniszczona. Dzisiaj na prowadzenie wychodzi podniszczenie - taka podłoga vintage w naszym domku? Cudo!


Biała podłoga z desek, eklektyczne wnętrze
Przepiękne wnętrze z przewagą stylu skandynawskiego, ale tego w najlepszym wydaniu: czyli z metalowymi, ocynkowanymi dodatkami. Podłoga aż lśni i cudownie odbija światło, jeszcze bardziej rozświetlając pomieszczenie.
 

Biała podłoga z desek vintage, rustykalne wnętrze
Fantastyczne wnętrze z widocznymi belkami konstrukcyjnymi i wysokimi sufitami. Podłoga podniszczona idealnie - chyba zabieram do naszego przyszłego domku :)




Na kolejnych dwóch zdjęciu urzeka mnie eklektyzm: czysta biel, stare meble z duszą - dla mnie idealne połączenie :)

 
Biała podłoga z desek, eklektyczne wnętrze
Stary fotel z duszą, industrialna komoda, grafiki i fotografie w antycznych ramkach - czyż nie pięknie? Po lewej białe, drewniane drzwi z prostą kontrastową gałką - idealne połączenie.

Biała podłoga z desek, eklektyczne wnętrze
Uwielbiam to wnętrze: drewno jest niemal wszędzie, obrazy w złotych ramach, retro dekoracje, meble z duszą. Te ocynkowane dodatki umieszczone na półce pod sufitem dodają industrialnego charakteru, który w połączeniu z bielą, zawsze wyglądają cudnie i dodają wnętrzom oryginalnego charakteru.



I jeszcze kilka inspiracji, które pomagają mi znaleźć odpowiedź na pytanie: deski czy wylewka? Idealnie lśniące czy odrapany sznyt vintage? Zwróćcie uwagę, jak wspaniale z białą podłogą komponują się białe deski na suficie.

Biała podłoga z desek, eklektyczne wnętrze


 Biała podłoga z desek, eklektyczne wnętrze



U nas biało, za oknem  niebiesko i słonecznie - pogoda piękna :)
I pięknego dnia Wam życzę :)
Pozdrawiam,
Magda


źródła zdjęć: archiwum prywatne i pinterest





poniedziałek, 21 lipca 2014

Napisał o nas In Magazyn - Pani Basi Komorowskiej przewodnik po najciekawszych blogach :)

Dzisiaj będziemy się chwalić :) Spotkało nas wyjątkowe wyróżnienie i wczorajszy wieczór niespodziewanie upłynął nam pod znakiem świętowania  :) i już spieszę z wyjaśnieniem o przyczynach mojej dzisiejszej radości, którą sygnalizowałam na naszym fanpagu.

Otóż ukazało się kolejne wydanie pierwszego w Polsce miesięcznika o designie, tworzonego wyłącznie na tablety In Magazyn. Nowoczesne pismo, w którym króluje tematyka urządzania wnętrz. Wiele ciekawych artykułów o designie, o sztuce i o stylu życia. A to wszystko ilustrowane pięknymi zdjęciami. 



In Magazyn - czasopismo wnętrzarskie na tablety
Najnowsze wydanie czasopisma o wnętrzach, designie i sztuce - In Magazyn - czasopismo wnętrzarskie na tablety

I w tym wyjątkowym magazynie My -  Blog Mile Maison w Przewodniku po blogach, którego autorką jest Pani Basia Komorowska.  
Gdy dostałam od Pani Basi e-maila - nie chciało mi się wierzyć, że nasz blog trafi na listę blogów wnętrzarskich, które zostały wybrane, jako najciekawsze w sieci! Ale to prawda :) I ja od wczoraj jestem przeszczęśliwa, dumna, radosna i od wczoraj mi też uśmiech z buzi nie schodzi.

A to w jakim wyśmienitym towarzystwie się znaleźliśmy, jest dla nas dodatkowym powodem do dumy. Na liście, obok nas, znajdują się bowiem te fantastyczne i uznane blogi, które serdecznie pozdrawiamy: 

1. FORelements - prowadzony przez Dagmarę Jakubczak
2. Lovingit - prowadzony przez Jagodę, Asię i Honoratę
3. Interiors Design Blog - którego autorką jest Ula Michalak
4. Wnętrzarka - który prowadzi Magdalena Sobula
5. Architekt na szpilkach - autorką jego jest Kasia Antończyk
6. Everyday Design For Life - prowadzony przez Magdę i Remka
7. Mile Maison - to MY :)))))))))))

In Magazyn - czasopismo wnętrzarskie na tablety
Przewodnik po blogach wnętrzarskich - In Magazyn - czasopismo wnętrzarskie na tablety


Każdy z blogów jest wspaniale opisany i zaprezentowany. A ponieważ nie wszyscy mają tablety, zrobiłam dla Was zrzuty z ekranu kilku stron.


In Magazyn - czasopismo wnętrzarskie na tablety

In Magazyn - czasopismo wnętrzarskie na tablety


In Magazyn - czasopismo wnętrzarskie na tablety

In Magazyn - czasopismo wnętrzarskie na tablety

Bardzo dziękujemy Redakcji za wyróżnienie :) Być zauważonym i docenionym to niesamowita radość :)

Zachęcam Was do przeczytania całego numeru - fantastyczna lektura, którą możecie zabrać wszędzie :) Magazyn możecie pobrać bezpłatnie w App Store i Google Play: są tam wyszukiwarki, które ułatwią Wam znalezienie czasopisma. Potem wystarczy ściągnąć i zainstalować aplikację i gotowe.




Pozdrawiam Was bardzo serdecznie :)
Udanego tygodnia!
Magda






sobota, 19 lipca 2014

Po prostu Em. - odcinek 6

Jeżeli jesteście ciekawi, co dalej się działo z Em, zapraszam na nowy odcinek :)


Odcinki wcześniejsze znajdziecie tutaj




 ***



Gdy po skończonym śniadaniu Małgosia poszła do swojego pokoju, Jadwiga znów zaczęła się zastanawiać, czy przyjęcie do siebie wnuczki Kazimierza było dobrym pomysłem. Kontakt z młodymi ludźmi miała jedynie na uczelni i był on dość specyficzny. Role były dokładnie określone, reguły relacji znane wszystkim: ona wykładowca, który ustalał zasady gry, oni studenci, których zadaniem było dostosowanie się do owych reguł, przychodzenie na jej wykłady i ćwiczenia oraz zdawanie kolejnych egzaminów. W tej relacji nic nie było ustalone i nie miała pojęcia, jak postępować z Małgosią. W zasadzie są przecież dla siebie zupełnie obce. Pomimo, że Małgosia okazywała się dla niej ważna, nie wiedziała jeszcze na jakich relacjach jej zależy. Od wielu lat była sama, wykłady prowadziła rzadko. Taki też był jej kontakt z ludźmi: rzadki i okazjonalny.

Była przyzwyczajona do samotności, do swoich małych rytuałów. Sobotnie poranki spędzała zwykle w towarzystwie rudego Saszy, a potem wychodziła na obowiązkowy spacer do pobliskiego parku. Siadała na ławeczce przy widokowym tarasie Landsberga, który łukiem wdzierał się w głąb parkowego stawu i obserwowała weekendowych spacerowiczów. Obserwowanie ludzi było jej ulubionym zajęciem. Przyglądała się rodzinom z małymi dziećmi, umęczonym matkom, które biegały za swoimi pociechami, rozbiegającymi się w coraz to inne strony, roześmianym młodym ludziom, którzy przemierzali parkowe ścieżki na rowerach i zarumienionym dziewczynom, które w towarzystwie młodzieńców karmiły z tarasu kaczki. Wyobrażała sobie przy tym, jak wyglądał ich dzisiejszy poranek, o czym ze sobą rozmawiali przy śniadaniu i czym się na co dzień zajmują.


Jadwiga uwielbiała Park Południowy, a kamienny taras Landsberga był jej ulubionym miejscem. Gdy była dzieckiem, przychodziła tu z rodzicami w każdą niedzielę. Karmiła kaczki i jadła watę cukrową, którą zawsze kupował jej ojciec. Potem mama krzyczała, że znowu niedzielna sukienka jest cała lepka, a tato szeptał na ucho, żeby się tym nie przejmowała i zabierał na spacer dookoła stawu. Kochała swojego ojca bardzo. Podczas tych spacerów opowiadał jej, jak wyglądało życie ludzi wiele lat temu, opowiadał o historii Polski, o przedwojennym Wrocławiu i o jego losach po wojnie. Barwnie przedstawiał również historię Parku Południowego i robił to z takim zaangażowaniem, jakby on sam był jego założycielem. Za każdym razem pokazywał jej to samo miejsce, w którym niegdyś stała słynna restauracja Haasego, zburzona po wojnie. Podczas tych właśnie spacerów, niczego nieświadomy Tato, z zamiłowania historyk, a z zawodu prawnik, rozbudził w niej ciekawość ludzi. Ciekawość ta przerodziła się później w miłość do nauki, badającej ten skomplikowany organizm, jakim jest społeczeństwo. To dzięki tym spacerom pokochała również i park. Nie należał on do największych we Wrocławiu, ale miał niewątpliwą magię, jakiej nie miał o wiele większy Park Szczytnicki, znajdujący się po drugiej stronie miasta.


Jako nastolatka uciekała do swojego parku za każdym razem, gdy miała jakiś problem. Szła tam zawsze, gdy targały nią rozterki, z którymi nie umiała sobie poradzić. Stawała na kamiennym tarasie i obserwowała kaczki. Te, przyzwyczajone do towarzystwa ludzi, podpływały bardzo blisko brzegu za każdym razem, gdy widziały przy nim człowieka. Był to dla nich dość jasny sygnał, że szykuje się mały poczęstunek. Podpływały zawsze też i do Jadwigi, która zawsze miała dla nich jakąś przekąskę. Gdy była już dorosła, to właśnie tutaj przychodziła, aby w towarzystwie kasztanowców i platanów, podejmować ważne życiowe decyzje. To tutaj, będąc na drugim roku prawa, postanowiła, że rezygnuje ze studiów, do których całe życie przygotowywał ją Tato, znany wrocławski adwokat, a które coraz bardziej ją męczyły. Oj, miała potem przeprawę z rodzicami, którzy tej decyzji absolutnie nie chcieli zaakceptować. Jej ukochany tato nie odzywał się do niej przez ponad rok. Ale nawet to nie złamało Jadwigi, która, rezygnując z prawa, zdecydowała, że swoje życie chce poświęcić socjologii.

Swoją miłość do tego miejsca zaszczepiła również Kazimierzowi. Do parku przychodzili w każdy sobotni i niedzielny poranek. Zimową porą stali, oparci o kamienny murek tarasu i obserwowali zamarznięty staw. Wiosną i latem siadywali na ławeczce, a jesienią zbierali liście, z których w domu robili bukiety. Po śmierci Kazimierza przez ponad dwa lata nie mogła się zdobyć na taki spacer. W końcu jednak tęsknota za drzewami, za znajomymi ścieżkami zwyciężyła i znów co tydzień siadała na ich ławeczce, aby chociaż przez chwilę pobyć w miejscu, gdzie Kazimierz pocałował ją po raz pierwszy.


A teraz siedziała w kuchni i nie wiedziała, czy powinna pójść do Małgosi, by zaprosić ją na cotygodniowy spacer, czy też lepiej będzie, gdy pójdzie sama. Po chwili doszła do wniosku, że za dużo tych nagłych zmian w ciągu jednego dnia i zdecydowała, że woli pójść sama, by na swojej ławeczce móc w spokoju oddać się wspomnieniom. Poszła zatem do garderoby, aby odpowiednio się ubrać.



***

Małgosia słysząc odgłos zamykanych drzwi wyjściowych, pobiegła do łazienki i wychylając się z okna, zobaczyła, jak Jadwiga powoli idzie ścieżką ku furtce, trzymając nad sobą białą, koronkową parasolkę. Po chwili wahania, otworzyła okno i krzyknęła:

- Pani Jadwigo! Pani Jadwigo! Proszę zaczekać! – nie tracąc ani chwili na sprawdzanie, czy Pani Jadwiga usłyszała jej wołanie, błyskawicznie wróciła do pokoju, przebrała się, złapała torebkę i wybiegła. 

Po chwili stała już przy Jadwidze, która najwyraźniej wołanie Małgosi usłyszała, ponieważ czekała na nią przy furtce.

- Pani Jadwigo, ja bardzo chętnie pójdę z Panią na ten spacer – mówiła trochę zdyszana Małgosia – bardzo Panią przepraszam, że po śniadaniu poszłam bez słowa do pokoju, ale muszę przemyśleć parę spraw, a trudno mi się tak szybko tu odnaleźć. Wiem, że Pani chce mi pomóc. Wiem, że powinnam być za tę pomoc wdzięczna, ale wciąż nie mogę przyzwyczaić się do myśli, że była Pani żoną mojego Dziadka. – Małgosia zrobiła krótką pauzę, po czym dodała - Poza tym muszę się rozejrzeć po okolicy i sprawdzić, gdzie jest najbliższe solarium.


- Małgorzato czy Margaret, nie wiem jak mam się do Ciebie zwracać, ale pozwolisz, że zostanę przy Małgorzacie – zaczęła mówić Jadwiga wyjątkowo ostrym tonem, a widząc, że Małgosia kiwa potakująco głową, kontynuowała – po pierwsze: tu nie ma solarium, to jest porządna dzielnica. Po drugie: wróć do domu, zdejmij te szpilki i sprawdź czy białe tenisówki, które stoją w szafce w przedpokoju, będą na Ciebie pasować. Chyba nie chcesz połamać nóg, a to Ci najwyraźniej w tych posklejanych butach grozi.


Małgosia słysząc tak ostry ton, stała oniemiała. Po chwili zerknęła na swoje buty i przyznając w duchu Pani Jadwidze rację, bez słowa wycofała się do domu. Po kilku minutach wróciła, mając na sobie całkiem wygodne tenisówki.

- Rozmiar dobry? – spytała Jadwiga.

Małgosia kiwnęła głową.

- To teraz wróć jeszcze raz i zostaw proszę tę torebkę – ton Jadwigi był wyjątkowo ostry i gdy zobaczyła ona, że Małgosia błyskawicznie zrobiła się czerwona, dodała już łagodniej - Ktoś pomyśli, że w drodze oskalpowałyśmy jakieś biedne zwierzę.


Małgosia zastanawiając się, czy aby Pani Jadwiga nie pozwala sobie na zbyt wiele, przyjrzała się swojej torebce i znów musiała przyznać jej rację. Wczoraj tego nie widziała. Co zatem się stało, że w ciągu jednego dnia buty, których zawsze zazdrościła Emilce, zaczęły wydawać się jej tandetne, a torebka, która była hitem mody w jej miasteczku, przestawała jej się podobać.

- U nas to ostatni krzyk mody – próbowała stanąć w obronie swojego niedawnego zakupu.

- Raczej wrzask mody – ostro podsumowała Jadwiga i dodała przyjaźniej – Małgosiu, proszę….


Właściwie skoro Pani Jadwiga prosi, to owszem, Małgosia może wrócić i torebkę zostawić. Przez moment chciała w rewanżu powiedzieć coś na temat przedpotopowych białych rękawiczek Pani Jadwigi, w której ta trzymała koronkową parasolkę i śmiesznego kapelusika, który miała na głowie, ale zrezygnowała. Doszła do wniosku, że właściwie to nie chce być niemiła dla tej dziwnej kobiety. Wróciła zatem ponownie do domu i położyła torebkę na komodzie.




Kilka minut później szły już ulicą Kampinoską. Małgosia z zainteresowaniem przyglądała się kolejno mijanym domom. Każdy z nich wydawał się większy i okazalszy od poprzedniego. Po chwili skręciły w ulicę Januszowicką, której nazwę Małgosia przeczytała na metalowej tabliczce, przymocowanej do ogrodzenia. Na końcu ulicy widać było drzewa, które najwyraźniej były początkiem parku. Pomyślała przy tym, że solarium może poszukać właściwie jutro, bo w towarzystwie Pani Jadwigi idzie jej się nieoczekiwanie miło. Poza tym Pani Jadwiga najwyraźniej nie miała zamiaru zmuszać ją do rozmowy. Bała się tysiąca pytań, po co tu przyjechała, co zamierza robić i jakie ma plany. Była nawet na nie przygotowana, mając w zanadrzu kilka zbywających odpowiedzi. Jej towarzyszka jednak milczała. Małgosi nie pozostało zatem nic innego, jak również milczeć i cieszyć się spacerem. 


Nie wiedziała, że Jadwiga postanowiła przez chwilę nic nie mówić, aby spokojnie ochłonąć, wciąż nie mogąc dojść do siebie po szoku, jakiego doznała, widząc wychodzącą Małgosię z domu. Gdy chwilę wcześniej usłyszała ją, jak z okna łazienki do niej krzyczy, by zaczekała, niespodziewanie dla siebie nawet się ucieszyła, że spacer jednak nie będzie samotny. Przyzwyczajenia przyzwyczajeniami, ale w tej dziewczynie było coś, co budziło w Jadwidze tęsknotę za towarzystwem. Czy to były oczy jej Kazimierza? Czy to było to coś w ruchach Małgosi, co sprawiało, że miała wrażenie, jakby znów go widziała? Nie miała jednak zbyt wiele czasu na to, by się nad tym głębiej zastanowić, oto już bowiem Małgosia szła w jej kierunku. To, co Jadwiga zobaczyła, wprawiło ją najpierw w osłupienie, a po chwili w rozbawienie tak silne, że musiała wykorzystać całą swoją powagę i znaną sobie surowość, by się nie roześmiać. Małgosia miała na sobie wściekle kanarkową koszulkę z wstawkami z różowej koronki, landrynkowo różowe spodenki i znane już Jadwidze czerwone szpilki. To nic, że jeden z obcasów był posklejany taśmą klejącą i to nic, że jedna z koronkowych wstawek była trochę odpruta. Jadwiga nie mogła oderwać wzroku od futrzanej torebki, która wyglądała jak ruda damska peruka. Dla Jadwigi, u której w szafie królowały brązy, szarości i granaty, zestawienie kolorystyczne garderoby Małgosi, było nie lada szokiem, ale nokautem okazała się torebka. Przez chwilę zastanawiała się nawet, czy aby nie jest to naprawdę peruka, przysposobiona jakimś dziwnym sposobem do roli torebki. Wiedziała przecież, że Małgosia jest fryzjerką, zatem było to całkiem realne. Na szczęście torebka nie okazała się kobiecym skalpem, a jedynie, uszytym ze sztucznego futerka, hitem mody, który Małgosia zgodziła się zostawić w domu.



***


Starsza kobieta i młoda dziewczyna weszły do parku i skierowały swoje kroki w stronę stawu. Starsza kobieta dystyngowana i wyprostowana jak struna, szła patrząc przed siebie. Młoda kobieta kręciła dynamicznie głową to w lewo, to w prawo, jakby jednocześnie chciała ogarnąć cały park. Gdy doszły do jadwigowej ławeczki, usiadły. Głośne westchnienie wydobyło się jednocześnie z obu ust. Starsza kobieta westchnęła z wysiłku, młoda zaś z zachwytu. Przed nimi roztaczał się bowiem jeden z najpiękniejszych widoków w Parku Południowym: kamienny taras widokowy Landsberga, staw z wodotryskami, mała wysepka, na której rzadko stawała ludzka stopa i wspaniałe drzewa okalające brzegi stawu. Młoda kobieta z zachwytem chłonęła każdy szczegół panoramy. Starsza kobieta obserwowała spacerowiczów.



***



Jadwiga widziała, że spacerujący ludzie dziwnym wzrokiem przyglądają się osobliwej parze, siedzącej na ławce, ale postanowiła nic sobie z tego nie robić. Z minuty na minutę dziwiła się sobie coraz bardziej. Jadwiga Zarzeczna - zawsze taka idealna i poukładana. Dawna pani dziekan Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Wrocławskiego, która zasłynęła ze swej ostrości i która od swoich studentów zawsze wymagała odpowiedniego i licującego z powagą uniwersytetu stroju. Ona - surowa Jadwiga Zarzeczna mająca zawsze na każdą okazję odpowiedni strój. Strój w barwach takich, aby zbytnio się nie wyróżniać, a już absolutnie nie rzucać się w oczy. Jadwiga, która uwielbiała obserwować, sama obserwowaną być bowiem nie lubiła. Pani Zawsze Odpowiednio Ubrana siedziała teraz obok dziewczyny, żywcem wyjętej ze świata lalek Barbi i jedyne, co czuła to rozbawienie i radość, a nie znaną sobie sztywność i zażenowanie, które czułaby pewnie w towarzystwie każdej innej osoby, która byłaby ubrana jak teraz Małgosia. 


Jadwiga zawsze czuła, że urodziła się trochę za późno. Całe życie, oprócz kazimierzowego okresu, żywiła głębokie przekonanie, że czasy, w których żyła, to nie była jej epoka i że najchętniej przeniosłaby się do XIX wieku. Tęskniła za czasami, które jawiły jej się jako okres rozwoju duchowego, wszechobecnej kultury i wartości moralnych, które w jej czasach, według Jadwigi, praktycznie nie istniały. Nie podobał jej się współczesny świat, który zdawał się pędzić na złamanie karku, a w tym pędzie gubił wszystko, co wartościowe. Lubiła zatem wyobrażać sobie, że żyje w wieku XIX - w czasach, o których opowiadał jej ojciec, podczas rodzinnych spacerów do parku. Nie przypadkowo to właśnie taras Landsberga, był jej ulubionym miejscem w parku. To obok niego stała bowiem słynna restauracja Haasego, o której Ojciec tyle mówił. I to stojąc na tym tarasie, zawsze imaginowała sobie, jak pływa po stawie łódką, jak w towarzystwie dystyngowanych dżentelmenów udaje się na posiłek do budynku restauracji, która została zniszczona w czasie drugiej wojny światowej. Jadwiga znała ją również z pocztówek, które zaczęła zbierać, jako dorosła już kobieta i których teraz miała pokaźną kolekcję. Kilka z nich przedstawiało piękny i ogromny budynek z wysoką wieżą, stojący nieopodal kamiennego tarasu, z którego schodkami schodziło się do łódek, gdy miało się ochotę popływać którąś z nich po stawie. Siedząc na swojej ławeczce, Jadwiga czując dotyk historii, z łatwością przenosiła się w dawne czasy.



Obserwując, jak młoda kobieta, siedząca dwie ławki dalej, usiłuje zabrać brzdącowi kamień, który ten przed chwilą usilnie próbował włożyć sobie do nosa, Jadwiga pomyślała, że koniecznie musi pokazać Małgosi cały park i opowiedzieć jej jego historię. Nie zdążyła się jednak odezwać. Oto bowiem zauważyła machającego do nich młodzieńca. Szedł w ich kierunku i gwałtownie machał nad głową obiema rękami, patrząc najwyraźniej na ich ławeczkę. Na wszelki wypadek Jadwiga zerknęła w przeciwną stronę, aby sprawdzić, czy może nie stoi tam obiekt zainteresowania machającego i być może w tym momencie odmachuje, ale nie – nikogo takiego nie widziała. Upewniając się tym samym, że chłopak idzie właśnie do nich, dostrzegła w nim coś znajomego i z uwagą zaczęła mu się przyglądać. W tym samym momencie ów chłopak najwyraźniej również dostrzegł nie obce sobie rysy i powoli opuszczając ręce, wyraźnie zwolnił, robiąc coraz większe oczy.

c.d.n.



Restauracja Haasego Park Południowy Wrocław, taras landsberga
Nieistniejąca już restauracja Georga Haasego w Parku Południowym i taras Landsberga

Park Południowy Wrocław i taras landsberga
Staw w Parku Południowym

  
Park Południowy Wrocław i taras landsberga
Taras Landsberga współcześnie

Park południowy we Wrocławiu
Park Południowy we Wrocławiu



Jeśli macie ochotę poczytać o historii Parku Południowego zajrzyjcie tutaj.

Dziękując Wam ślicznie za wszystkie komentarze pod ostatnim odcinkiem, życzę dobrej nocy :)

Pozdrawiam,
Magda 



źródła zdjęć: 
1 i 2: http://wroclaw.fotopolska.eu/Restauracja_Haasego
3: http://wroclaw.hydral.com.pl
kolaż: wikimedia, wroclawianienapolanie