środa, 8 października 2014

W Karkonoszach nie ma niedźwiedzi?

Wróciliśmy! Ach co to był za czas! Codziennie na szlaku, codziennie na nowych ścieżkach i codziennie z przygodami :) To był zaledwie tydzień, a ja mam wrażenie, że nie było nas z miesiąc. Naładowani dobrą energią, dotlenieni górskim powietrzem i z przewietrzonymi umysłami, wróciliśmy cali i zdrowi - chociaż różnie na szlaku bywało :)



Ten przewietrzony umysł przekłada się na kolejne życiowe przemyślenia i zaczyna kiełkować nowymi pomysłami. Tego nam było trzeba. Nic tak nie resetuje jak spacer po dachu świata - a takie mam zawsze wrażenie, gdy wędrujemy głównym szlakiem sudeckim po kolejnych szczytach Karkonoszy. Nie ważne, z której strony zaczynamy wędrówkę - ważne, że zawsze jest przestrzeń, oddech, zarumienione policzki i szczęście takie, że aż serce chce wyskoczyć. Spokój, relaks, ale i trochę walk ze sobą samą. Praktycznie nie było dnia, żebym nie toczyła ze sobą wewnętrznej walki. Walki ze swoimi lękami i strachami. Wszystkie oprócz jednej wygrałam, a przegrana to ta, w której od razu wywiesiłam białą flagę - słysząc przerażający ryk niedźwiedzia, dałam takiego dyla w stronę przeciwną do kierunku marszu, że aż się pod Wielkim Szyszakiem zakurzyło. Ale o tym za chwilę :)


WALKA Z SAMĄ SOBĄ

Muszę się Wam przyznać do tego, że mam i lęk wysokości i ogromny lęk przed dużymi ekspozycjami w górach - co jest dużą przeszkodą dla kogoś, kto tak jak ja kocha góry. Jedno zdanie wyjaśnienia, czym owa ekspozycja jest - ekspozycja to widok z formacji górskiej jak np. grań, ściana skalna, czy półka na szeroką i wolną przestrzeń (źródło: wikipedia.org). I ja, wędrująca kilka razy w roku po górach z większymi lub mniejszymi ekspozycjami, bardzo często toczę wewnętrzną walkę. Nie zawsze wygrywam. Jednak nawet, gdy którąś z nich przegram, nigdy nie mam o to do siebie pretensji, bo za każdym razem jestem pewna, że podjęłam słuszną decyzję. Ale ta pewność przychodzi później, wiele, wiele godzin po krytycznym momencie. Natomiast w chwili, gdy rezygnuję z jakiejś ścieżki albo z tego by podejść do przepaści, by wejść na jakiś punkt widokowy - zła jestem tak, że aż łzy się cisną do oczu. Podczas tego wyjazdu też kilka takich walk stoczyłam. Walczyłam w sposób, który wywoływał i u mnie i u Sebastiana i u napotkanych na szlakach towarzyszy, śmiech, ale śmiech to zdrowie i nigdy go za wiele.

A takie boje toczyłam:
- po kilku podejściach, z których to powstał film nie nadający się do publikacji, dałam w końcu radę podejść do barierek nieopodal Czarciej Ambony, by spojrzeć w dół Śnieżnych Kotłów,
- po trzech podejściach udało mi się podejść do barierek punktu widokowego, który był najbardziej wysuniętym punktem nad owymi Kotłami - ale wracałam stamtąd niemal na czworakach i nawet nie miałam sił do zdjęcia się odwrócić, bo nie mogłam ze strachu się ruszyć (dlatego na zdjęciu jestem tyłem).
- udało mi się wejść na kamienną ścieżkę o szerokości metra, gdy musieliśmy obejść Wielki Szyszak.
- udało mi się wejść na skałki na Wysokim Kamieniu w Górach Izerskich, pomimo, że strach momentami paraliżował. Jednak po odkryciu dłuższej drogi obejścia, na szczyt wspięłam się i ja :)

Wewnętrzne boksowanie się ze strachami, za każdym razem dedykowałam kolejnym marzeniom i planom, zatem nie było rady - musiałam się przełamywać i wygrywać :) Mówiłam sobie, że jak dam radę zrobić to czy to, to dam radę wszystko - jakąś motywację, prócz pięknych widoków musiałam znaleźć.

W jednym z przypadków o takiej motywacji nie zdążyłam nawet jednak pomyśleć. Teraz się z tej historii śmieję, ale uwierzcie mi, pietra miałam takiego, że nie ma chyba takiej miarki, by go zmierzyć. Posłuchajcie:


W KARKONOSZACH NIE MA NIEDŹWIEDZI

We wtorek, w drugi dzień naszych wakacji, postanowiliśmy wjechać wyciągiem na Szrenicę, by mieć więcej czasu na wędrowanie szlakami po samych szczytach. O tej porze roku, ciemno robi się około 19.00, więc każda godzina jest cenna. Zaopatrzeni w drugie śniadanie, czekoladowe marsy i izotoniczne napoje wjeżdżamy na Szrenicę. Sam wjazd zaowocował u mnie mocnym postanowieniem, że już nigdy na takową przyjemność się nie skuszę. Mój lęk wysokości dał się tak mocno we znaki, że biedny Sebastian, który siedział obok mnie (krzesełka są podwójne), dostał kategoryczny zakaz odzywania się do mnie, a nawet patrzenia na mnie, bo ja całą silą woli koncentrowałam się wzrokiem na jednym punkcie i na tym, by nie wpaść w panikę. A gdy tylko mąż mój chciał mi coś pokazać, natychmiast wypadałam z mojej ratunkowej medytacji i zaczynałam się bać, że spadnę, że wyciąg się urwie, że zemdleję i się zsunę, że.....  ile to człowiek czarnych scenariuszy może wymyślić w obliczu ryzyka utraty życia! :))))))) Po zejściu z wyciągu, potrzebowałam kilku minut na dojście do siebie :))))

Jesteśmy już na samej Szrenicy, po której wędrujemy pierwszy raz, bo zawsze nas nosiło w okolice Śnieżki. Widoki cudne, pomimo chmur i dość silnego wiatru. Jest po sezonie, więc na szlakach spotykamy pojedyncze osoby i to w dużych odstępach czasu. Niemal z każdym rozmawiamy i to jest to, co w górach uwielbiam: spotykasz człowieka, nie znasz go, ale czujesz, że łączy Was wspólna pasja i rozmawiacie czy to po czesku, czy po angielsku, czy po niemiecku - i każdy się uśmiecha, każdy dzieli się swoją energią. Wspaniałe!

Idąc, podziwiamy Trzy Świnki, Twarożnik, Łabski Szczyt, czasem lekko odchodzimy na czeską stronę, by spojrzeć, co widać stamtąd, a cały czas chłoniemy ciszę, niesamowity zapach i podziwiamy wyjątkową panoramę. Przez to podziwianie idziemy trochę dłużej niż przewidziano w przewodniku, mamy dużo czasu. Gdy zauważamy, że goni nas ciemna chmura, przyspieszamy, żeby uciec przed deszczem. Nawet się udało, bo kierunki wiatrów i wysokości chmur zmieniają się na tej wysokości bardzo dynamicznie. Wreszcie dochodzimy do Czarciej Ambony i do Śnieżnych Kotłów, które po raz pierwszy widzimy z góry. Ile miałam prób podejścia do tych metalowych barierek! To wprost nie do wiary, że można się tak bać. Bardzo jednak chciałam spojrzeć w tę przerażającą przepaść, więc w końcu się udało.

Nad Śnieżnymi Kotłami od strony Czarciej Ambony
Próbuję najpierw dojść sama
Nie daję rady, zawracam - i tak kilka razy
Sebastian nie ma takiego stracha, przychodzi mu to z łatwością.

Idę do męża


Jestem, ale nie mogę się ruszyć :) Wracam niemal na czworakach.

Ponad godzinę spędziliśmy na obchodzeniu krawędzi dwóch kotłów, czasu do zachodu słońca, gwałtownie nam ubyło, a trzeba jeszcze zejść. Trzeba też coś zjeść, więc siadamy na kamieniach i wsuwamy bułki. Posileni, idziemy dalej. Dochodzimy do Wielkiego Szyszaka, który jest tuż obok i z przerażeniem obserwuję, że musimy obejść go kamienną ścieżką szerokości metra! Po lewej przepaść, po prawej kamienny szczyt. Jakieś pięć minut mobilizuję się do przejścia, przypominając sobie, że jakiś czas temu widziałam rodzinę z małym dzieckiem i psem, którzy tędy przechodzili. Oni dali radę, ja też muszę. Wchodzę na ścieżkę i idę tak zwanymi tip-topami. Żeby móc podziwiać panoramę z tego miejsca, za każdym razem muszę się zatrzymać, bo gdy próbuję odwracać głowę w marszu, natychmiast zaczyna mi się kręcić w głowie.

I boję się i zachwycam na przemian. Idziemy powolutku, ale do przodu... nagle.... jak coś nie ryknie! Staję gwałtownie, Sebastian nieomal na mnie wpada, bo idziemy gęsiego, a ja słysząc drugi ryk, jeszcze głośniejszy, w wyobraźni widzę brązowy wielki pysk, brązowe futrzane uszy i wielkie zęby, które pędzą w moim kierunku by mnie zjeść. Nigdy w życiu tak się nie bałam! Nie wiem, jakim cudem wymijam Sebastiana, nie spadając w dół i jakim cudem tak szybko udaje mi się biec po ścieżce, którą przed chwilą przemierzałam tip-topami, ale błyskawicznie znajduję się z powrotem niemal na jej początku. Tam stopuje mnie para, która idzie w naszą stronę i z którą trzeba się powoli wyminąć. Zaczynam im opowiadać, że słyszeliśmy ryk zwierzęcia, który do złudzenia przypomina niedźwiedzia. Ze zdenerwowania zapominam jak jest niedźwiedź po angielsku, więc na migi  pokazuję uszy i wydłużony pysk. Nagle znów rozlega się taki ryk, że mam wrażenie, że niedźwiedź jest tuż tuż. Nie patrząc już na nikogo, nie żegnając się z turystami, błyskawicznie daję dyla i gnam z powrotem do Śnieżnych Kotłów. Tam dochodzi do mnie Sebastian, który idzie spokojnie, wolniej ode mnie, co uważam w tym momencie za przejaw lekkomyślności i bagatelizowania zagrożenia. Człowieku! Jedliśmy przed chwilą bułkę! On na pewno to wyczuł i teraz idzie po nas, idzie po tę bułkę! Sebastian mocno mnie przytula i mówi, że to mógł być jeleń. Co Ty mówisz! Czy Ty sobie wyobrażasz, że ja jelenia nigdy nie słyszałam??!! (bo słyszałam, gdy mieszkaliśmy przy lesie u Rodziców Sebastiana). Obrażona idę przodem, sprawdzając od czasu do czasu, czy cudem uratowany mąż idzie za mną.

Po chwili jesteśmy znów przy Śnieżnych Kotłach, ja z przejęciem opowiadam spotkanym turystom, którzy jedzą swoje bułki, że słyszeliśmy przed chwilą niedźwiedzia i dowiaduję się od nich, że to jeleń był! JELEŃ! Bo tam w dole, jest rykowisko jeleni. Oczywiście nie wierzę do końca, bo jak jeleń może tak robić jak niedźwiedź! Ale i tak jestem czerwona jak burak.

Stoję przy tym przy samych barierkach zabezpieczających przed upadkiem w przepaść, przy tych samych, do których jakiś czas temu bałam się podejść, a teraz nawet nie czuję strachu. I ponieważ nie wierzę do końca turystom, którzy przekonują, że to na pewno są jelenie, bo wczoraj tamtędy szli i co chwilę coś ryczało, żądam od męża zmiany szlaku. Zmieniamy i idziemy do schroniska pod Łabskim Szczytem, żeby następnie zejść do parkingu przy wyciągu, gdzie zostawiliśmy samochód. Po drodze mijają nas dwie pary turystów, którzy ze śmiechem mówią, że słyszeli, że na dole czyhają dwa niedźwiedzie. Robię się oczywiście czerwona i to nie ze zmęczenia, ale śmieję się razem z nimi, nawet już nie próbując tłumaczyć.

I taka to nasza przygoda z karkonoskim niedźwiedziem była :))))) wiem, wiem, strach jestem wyjątkowy, ale nic na to nie poradzę. A jaka byłam zrozpaczona, że dopiero przyjechaliśmy, a tu już niedźwiedzie! I jak tu w góry kolejnego dnia iść?! Na szczęście po zasięgnięciu tak zwanego języka, okazało się, że spotkać możemy wiewiórkę, rysia, borsuka, jelenia, sarnę i parę innych nieagresywnych zwierząt. Ryś brzmiał dla mnie groźnie, ale podobno jest płochliwy, więc można spokojnie wędrować. A i już teraz wiem, że ryki jelenia na rykowisku do złudzenia przypominają te misiowe i turyści często je mylą. Wieczorem, po powrocie do pensjonatu, wpisałam sobie na you tube ryk jelenia na rykowisku - naprawdę brzmi jak niedźwiedź. Niedźwiedzia ryk jest jednak jeszcze bardziej niski i trochę groźniejszy.

Na swoje wytłumaczenie dodam tylko, że w tym samym dniu rano czytałam, że Czesi planują sprowadzić do Sudetów niedźwiedzie, których nie ma w tych górach od wielu, wielu lat. Słysząc ten ryk byłam przekonana, że to taki właśnie sprowadzony ze Słowacji miś. 


WAKACJE SIĘ UDAŁY

Wakacje udały się bardzo, bo nigdzie tak nie odpoczywam, jak w Karkonoszach i już nie mogę się doczekać kolejnego wyjazdu. Uwielbiam ten czas, gdy zasypiając mam pod powiekami panoramę gór, gdy śnią mi się kolejne szlaki, gdy czuję jeszcze ten zapach i słyszę szelest spadających liści. Jesień w górach jest piękna! Zapraszam Was na kilka kadrów z naszych wędrówek :)













 











I jeszcze górski strumyk, nad którego brzegiem mogłabym siedzieć godzinami:
 



A na koniec chcę Was zaprosić do lektury najnowszego numeru ILOBAHIE CREATIVE MAGAZINE, w którym miałam zaszczyt napisać jeden z artykułów. Na darmową prenumeratę możecie zapisać się tutaj: darmowa prenumerata magazynu o wnętrzach



Dzisiaj jesień deszczowa, jednak i taka jest piękna :)
I pięknego dnia Wam życzę,
Magda

47 komentarzy:

  1. Fantastycznie opisałaś swoje przygody !!! Prawie tam z Tobą byłam i razem się bałam, bo również lęk wysokości mam:))) Zdjęcia są wprost bajkowe, przepiękne:))) Widać po nich ile wrażeń mieliście i cudownych nie zapomnianych chwil:))) A ja tymczasem dostałam przesyłkę (ekspresowo) z Twojego sklepu z prześlicznym świecznikiem i wazonikami. Są śliczne !!! Dziękuję i zapraszam do siebie już je wstępnie zaprezentowałam, a będą gościć u mnie częściej.
    Pozdrawiam i miłego dnia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj dziękuję Agatko :))) i jak się cieszę, że przesyłka z naszymi produktami sprawiła Ci radość :))) pędzę już do Ciebie! Buziaki :***

      Usuń
  2. Miałam podobną przygodę lata temu w Tatrach (tam niedźwiedzie są) - byliśmy przekonani, że słyszymy niedźwiedzia ale pan leśnik uświadomił nas, ze to jeleń nawołuje do godów. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. czyli nie jestem odosobniona w ocenie tego ryku :)))) wiem, że w Tatrach są, bo to jest powód, dla którego w Tatry nie jeżdżę - moja misiofobia jest większa niż lęk wysokości. Byliśmy raz i gdy tylko zostawaliśmy sami na szlaku, tak bardzo się bałam, że obiecywałam sobie, że już nigdy, ale to przenigdy w Tatry nie pojadę. Ale pojadę z całą pewnością, bo są przepiękne! Pozdrawiam :)))

      Usuń
  3. Cudownie, że wakacje udały się, cudownie, że wróciliście cali i zdrowi, pełni wrażeń i emocji,:) chylę czoła przed pokonywaniem własnych słabości .. Pozdrowienia cieplutkie!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) warto pokonywać takie słabości, inaczej za daleko by się chyba nie zaszło :) serdecznie pozdrawiam :))))

      Usuń
  4. Ach zapomniałam pow, że zdjęcia fantastyczne!!

    OdpowiedzUsuń
  5. Magda..ja Cię bardzo przepraszam ale dawno się już tak nie śmiałam czytając...Być może dlatego właśnie, że sama mam te lęki co ty i wybacz ale ja bym sobie zdjęcia przy barierce nie zrobiła bo najpierw bym padła ;-)...ostatnio nasz Synek właził po drabinie do ambony i jak już wlazł to się ropłakał na górze, że nie zejdzie i ratunku wołał...nie pomogłam...Wojtek musiał przyjść i dopiero go ściągał...matczyny instynkt działa zawsze...a tutaj strach mnie sparaliżował ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :))) Ola, ja nie wiem, jak mi się to udało, bo teraz, gdy oglądam te zdjęcia to od razu zaczyna mi się kręcić w głowie :)) gdy byliśmy na tamie nad zbiornikiem Pilchowickim, to synek znajomych biegał po środku tej tamy, podchodząc do barierek - mi od samego patrzenia na to, kręciło się w głowie, więc Cię doskonale rozumiem, że nie mogłaś wejść po synka, ja też bym pewnie pietra miała. Buziaki :****

      Usuń
  6. Cudownie obcować z dziką naturą, nawet gdy jelenie straszą:) niestety ja mam również ogromny lęk wysokości! Byłaś bardzo dzielna, ja nie wiem czy bym szła tak w zaparte na te szlaki... Świetna relacja :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cudownie, nawet pomimo strasznych jeleni :))) pozdrawiam serdecznie :))))

      Usuń
  7. fantastycznie! ale rozumiem Cie doskonale. Sama nie wiem czy odnalazłabym się w takim otoczeniu. Pewnie i mnie dopadły by jakieś lęki... Wspaniale że wakacje się udały! witamy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Udały się bardzo :))) z przełamania lęków dodatkowa satysfakcja, więc warto było. Buziaki Iwonko :***

      Usuń
  8. Przeczytałam post jednym tchem!!! (jedząc obiad ;p dobrze, że się nie udławiłam, gdy doszłam do momentu z niedżwiedziem ;))
    Wspaniale, że przełamywałaś swoje lęki, bo żal byłoby nie zobaczyć tych widoków :)))
    też uwielbiam góry, tylko mam trochę dalej, niż Wy ;)
    Nie mam lęku wysokości, ani przed dużą ekspozycją, uwielbiam to uczucie wolności, dotknięcia piękna tego świata, niesamowitości przyrody i wspaniałości, które rozpierają mnie od środka i czynią najszczęśliwszą na świecie! :D
    Cudowne zdjęcia, dziękuję, dawno nie byłam w tym niebie :))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale za to masz bliżej nad morze :D nawet bliżej, niż my w góry :) a Bałtyk jest niesamowity. Ja też kocham to uczucie wolności, gdy się wędruje po szczytach, a dookoła tylko natura, a dodatkowo gdy taki lęk się przełamie, to dochodzi do tego ogromna satysfakcja, więc zawsze warto :) buziaki :************************

      Usuń
  9. :-) ależ się obśmiałam, choc wiem, że Tobie do smiechu wtedy nie było:-) Hej góry nase góry!:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej! :)) wtedy nie, ale za to śmieję się do rozpuku za każdym razem, jak sobie to przypominam :)) pozdrowienia!

      Usuń
  10. Hehe,fajnie się czyta twoje opowieści chociaż tobie wtedy nie było do śmiechu! Ale jakiego powera dostałaś ,że pokonałaś ścieżkę w tempie błyskawicy ;p Do czego to człowiek zdolny jest pod wpływem adrenaliny ;p
    Piękne widoki chociaż ja za górami aż tak nie przepadam.Może dlatego,że też mam lęk wysokości i nie lubię łazić po górach ;p Raz jechałam taką kolejką/wyciągiem czteroosobowym i więcej nie zamierzam tego powtarzać ;p Byłam sparaliżowana ze strachu.Już wyobrażałam sobie jak zaraz spadam w dół ;p
    Super,że wyjazd się udał,teraz macie zapas energii na cały rok :)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też myślę, że to adrenalina mi pomogła, że ani się nie bałam biec, ani nie myślałam o tym, że spadnę. CO do wyciągu, to nigdy więcej! Nie bałam się tylko w wagoniku, gdy kiedyś zjeżdżaliśmy z Kasprowego. Weszliśmy sami, ale było już dość późno i bałam się schodzić ze względu na niedźwiedzie, zatem z dwojga złego wybrałam wagonik i szczęśliwa, że nie spotkam niedźwiedzia, podziwiałam widoki :))) a zapas energii mamy, że dla wszystkich starczy :))) buziaki Kochana :*******

      Usuń
  11. Opisałaś to tak, że można poczuć się, jakby było się tuż obok :) Wspaniały wypoczynek, świetne zdjęcia... i jak tu nie kochać polskich gór...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie da się ich nie kochać Ewuś :) A wypoczynek był wspaniały i już bym chciała wracać i nadawać do Was z Karpacza :)))) buziaki :****

      Usuń
  12. Zapraszam serdecznie na rozdanie
    http://kolorowyswiatkatarzyny.blogspot.com
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za zaproszenie i pozdrawiam :)

      Usuń
  13. Odważnie napisałaś o swoich strachach. Podobało mi się, że podchodzisz do nich i tym samym do siebie łagodnie i nie karcisz za chwile słabości...
    Nooo historia z niedzwiedziem mnie rozbawiła, choć wiem, że w tym momencie Tobie raczej do śmiechu nie było ;) Fajnie piszesz o Twoich górach, a do tego te piękne widoki na zdjęciach...Ja dopiero do chodzenia po górach powoli dojrzewam, dotychczas ciągnęło mnie wyłącznie nad morze...
    pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już się nauczyłam, że trzeba siebie przyjmować z całym dobrodziejstwem inwentarza :)))) takie strachy to część nas i czy pokonanie czy nie pokonane, nie ma co się karcić za nie :) Dojrzewał Moniko, dojrzewaj do chodzenia po górach, bo nic się temu nie równa. Ja też kocham morze, jednak nigdzie tak nie ładuję baterii, jak na szlaku :) pozdrawiam!

      Usuń
  14. Piękny wpis i cudowne zdjęcia! Koniecznie muszę szybko tam wrócić i przejść Karkonosze w ciągu dnia. A ta metrowej szerokości kamienna "droga"... noc, deszcz, ślisko jak... (piiiiip) i trzeba było po tym schodzić - masakra :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O matko kochana! Poważnie??? Ja bym w życiu nie przeszła. Czekałabym do rana. Nie dość, że przepaść, to ja jeszcze w nocy nic nie widzę. Podziwiam! i pozdrawiam serdecznie :))))

      Usuń
    2. Ale ja właśnie o 20:00 ruszyłam w Karkonosze :D Przejście Dookoła kotliny Jeleniogórskiej. 140 km z limitem czasu 48 godzin. Wariactwo totalne!!! Ale warto było ! :D

      Usuń
    3. Wariatka :D :)))))))))))) oj zazdroszczę takich przeżyć, ale ja bym chyba nie dała rady tyle przejść. Jednak, gdyby tylko nogi poniosły, to zaraz bym biegła - musiało być cudnie!!!!

      Usuń
  15. Zgadzam się z moją poprzedniczka, niesamowita lekkość pióra, której mozna tylko pozazdrościć, góry uwielbiam, chociaż raz do roku z moim Grześkiem staramy się w nie zawitać. Doskonale rozumiem Twój strach, bo gdy my byliśmy w tym roku w Bieszczadach, mieliśmy okazję spotkać misia, na szczęście kawałek od Nas, ale do tej pory nie zapomnę przerażenia na twarzy mojego mężczyzny( dobrze mieć dalekowidza), i strachu z jakim schodziliśmy ze szkalu w tempie ekspresowym....
    Pozdrawiam Agata

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O rany! Aż mi się słabo zrobiło! W życiu w Bieszczady nie pojadę! Jak tak dalej pójdzie, to będę tylko po pagórkach śmigać, a nie po prawdziwych górach. Nie wyobrażam sobie chwili, gdy PATRZĘ na niedziwiedzia, a nie tylko go słyszę. Dobrze, że Wam się nic nie stało. Chociaż podobno niedźwiedź nie chce zabijać człowieka, a jeno poturbować. Ale dziękuję za taki optymizm! Gdy wchodziliśmy kiedyś do Doliny Kościeliska, zobaczyłam na tablicy instrukcję pokazującą, jak należy zachować się w przypadku ataku niedźwiedzia! Przede wszystkim oddać mu plecak trzeba jeśli ma się w nim coś do jedzenia, bo misie tatrzańskie niestety zostały przyzwyczajone przez turystów do bułek wszelakich. I często za plecakiem idą. Jak czytałam tę instrukcję, byłam sparaliżowana ze strachu, na szczęście było sporo ludzi, więc miałam nadzieję, że miś nie odważy się jednak na atak. Mimo wszystko szłam z duszą na ramieniu. Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  16. Ależ Wam zazdroszczę Madziu takich chwil z naturą i pieknych widoków. Ciesze się, że spedziliście ten czas razem i efektownie :)))
    Przyjemnego dnia życze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marysiu widoki były przepiękne! Natura to jednak natura, a góry, cisza, zapach, szum strumyka i nawet ryk jelenia - już za tym tęsknię! Pozdrawiam serdecznie i dobrego wieczoru Ci życzę :)

      Usuń
  17. Widoki piękne i wakacji o tej porze zazdroszczę, bo góry teraz najpiękniejsze :).
    Świetny tekst uśmiałam się :D. Pozdrawiam gorąco!
    Marta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :)) a góry faktycznie jesienią najpiękniejsze - ta feeria barw, zapach, ścieżki usłane liśćmi - pięknie jest teraz. Serdeczności :)))

      Usuń
  18. Ukochane Karkonosze! W te góry mogę wracać zawsze. Aż się wzruszyłam czytając twojego posta i oglądając zdjęcia! Miłośc do gór to cecha, którą wyjątkowo cenię u ludzi! Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ukochane :) ja mam nadzieję, że będzie nam dane przy nich zamieszkać, żeby podziwiać je codziennie. Pozdrowienia!

      Usuń
  19. Super relacja!!! Uśmiałam się :D, ale pamiętam moją "przygodę z niedzwiediem" w Tatrach. Do końca w końcu nie wiemy, czy to był niedzwiedź czy inne zwierze, ale wystraszyłam się nie na żarty. Jakie ja scenariusze wymyślałam...hehehe ... milion opcji ucieczki, obrony i reakcji, a prawda jest taka, że jakbym go (tego misia) wtedy zobaczyła, to chyba bym padła ze strachu na miejscu :) A jaki ubaw miała ze mnie wtedy mój jeszcze nie-mąż.... do tej pory wspominamy. Cała relacja cudna - zazdroszczę pozytywną zazdrością takiej wyprawy. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Tatrach niedźwiedzie są, oj są. Z jednej strony to fajnie, bo to przecież ich dom, a my tam tylko gośćmi jesteśmy, ale z drugiej strach ogromny. Ja mam ogromny, dlatego najchętniej to bym tylko wjeżdżała na Kasprowy i po szczytach chodziła, może tam misie nie zaglądają :) Pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń
  20. Witaj :)
    No tekst mnie poruszył, bo ja mam podobny problem z wysokością i właśnie podchodzeniem do barierek czy krańców wszelakich na wysokościach......i jestem pełna podziwu , że podeszłaś.....ja nie wiem czy bym się odważyła ......ostatnio nie wyszłam na balkon u koleżanki, która mieszka na 10 piętrze......zaraz miałam wizję, że on się urywa, a ja lecę......od razu mi słabo jak o tym pomyślę...... gdy koleżanka otworzyła drzwi balkonowe mi aż ślina w gardle uwięzła i i kroku zrobić nie mogłam..... jakby paraliż.......Ech i właśnie ta część Twojego mi do głowy weszła......ale oczywiście góry tez uwielbiam i również z wielgachną ochota bym się przeprowadziła w te cudne krajobrazy......Hm? ....a może się uda ?
    Uściski dla Was :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja w sumie na balkon nie mam obaw wyjść, nawet na najwyższym piętrze mega wieżowców, ale jak są takie barierki , że można się pod nimi zsunąć, to mam stracha ogromnego. A o wyciągu to mogę zapomnieć, a jako dziecko wcale się nie bałam. Niech się uda Olu ta wyprowadzka - trzymam kciuki mocno! Serdeczności i buziaki :*****

      Usuń
  21. Wspaniała relacja z Karkonoszy, bardzo fajnie to wszystko opisałaś :) Ja też jestem miłośniczką gór chociaż w Karkonoszach jeszcze nie byłam. Przeważnie wybieram się w Pieniny i Tatry. Właśnie w lipcu byłam z mężem w Tatrach. Pieniny uwielbiam, mogłabym mieszkać w Szczawnicy :) Gratulacje publikacji twojego artykułu w czasopiśmie :) Pozdrawiam ciepło :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Aniu :) Uwielbiam Pieniny - są piękne! Byłam kiedyś w Szczawnicy kilka dni, ale to kupę lat temu było. I wpadałam tylko na noc, bo cały czas w górach :) pozdrowienia serdeczne :))

      Usuń
  22. Hahahaha:))) Madzia, no padłam, po prostu padłam z tym niedźwiedziem:)) Rany boskie Ty mnie zabijesz ale ja się ze śmiechu uspokoić nie mogę aż Jasiek dziwnie na mnie patrzy;)))) Uwielbiam Cię Czarodziejko-Wariatko Ty moja:*** Cudownie, że się tak pięknie bawiliście:))) Uściski:)
    Ps. Cudowne zdjęcia!!:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Śmiech to zdrowie, więc śmiej się, śmiejcie się razem z Antkiem :))))))) Ja też się śmieję teraz, chociaż jak sobie przypomnę ten ryk, to i tak mam wątpliwości, czy aby to naprawdę jeleń. Jednak z drugiej strony po co niedźwiedź miałby tak ryczeć :D buziaki Kochana dla Was :*******************************************

      Usuń
  23. oj Kochana tak dobrze opisujesz że czułam Twoja trwogę i strach i przed wysokością i niedźwiedziem:))) ubawiona tez jestem totalnie :)))dzięki bogu że to jeleń był:))))))))))))Pięknie tam jest och pięknie:)))))))) tule Cie mocno i dumna jestem z Ciebie Madziu :)****

    OdpowiedzUsuń

Za każdy pozostawiony ślad pięknie dziękujemy :) Blog żyje dzięki Waszym komentarzom :)