piątek, 8 sierpnia 2014

Absolutnie Nie-Perfekcyjna - rzecz o tym jak piekłam ciasto na urodziny męża :)

Nie umiem piec, a nawet powiem więcej: nie powinnam piec, ponieważ ABSOLUTNIE nie umiem piec. Każdego roku, gdy zbliżają się urodziny Sebastiana, podejmuję jednak kolejną próbę. Nie chcę, aby brak umiejętności w tym kierunku, zmuszał nas do celebrowania tego dnia ciastem kupnym. Dzień urodzin męża zawsze traktuję bowiem wyjątkowo. I nikogo już w naszej rodzinie nie dziwią balony, które wypełniają nasze mieszkanie 5 sierpnia, przygotowane czapeczki i inne gadżety, które bardziej pasują na przyjęcie "dzieciowe", niż na przyjęcie mężczyzny, któremu niewiele brakuje do zmiany kodu na 4. Mi zresztą też, w końcu chodziliśmy do jednej klasy w podstawówce.

Brak talentu do pieczenia ciast nieskromnie ujawniłam już w czwartej klasie tejże podstawówki, kiedy to nasza wychowawczyni zarządziła naukę pieczenia ciast i naukę tę zaplanowała na lekcję zwaną godziną wychowawczą :) Każdy z nas miał przynieść prodiż i składniki na ulubiony przepis. Nasza wychowawczyni miała zresztą masę podobnych pomysłów na zagospodarowanie godziny wychowawczej. Pamiętam, że kiedyś musieliśmy robić pastę rybną z twarożkiem :) O ile pasta wykonana pod czujnym okiem nauczycielki, smakowała wyśmienicie, to wspomniana lekcja z pieczeniem ciasta, zakończyła się dla mojej rodziny problemami żołądkowymi. Myląc z emocji woreczki proszku do pieczenia i cukru wanilinowego, do murzynka dodałam zaledwie dwie łyżeczki cukru, za to, aż całą torebkę proszku do pieczenia. Ale rodzinę mam dzielną, zatem i Babcia i Dziadek i Mama dzielnie wsuwali na deser szalenie piekące ciasto, które przyniosłam ze szkoły :)

Ostatni poniedziałek, dzień przed urodzinami, nie był dla mnie najlepszy. Tego dnia napisałam post o marzeniach w kolejce. W komentarzach pod nim otrzymałam od Was tyle dobrej energii, pozytywnych emocji i kciuków, że postanowiłam nie dać się smutkom i przystąpić do organizowania zaplecza kulinarnego na dzień następny - na dzień urodzin Sebastiana.

Ciasto na urodziny jest obowiązkowe. Obowiązkowy jest także tort, jednak po doświadczeniach z lat ubiegłych, kiedy to tort był albo tak krzywy, że kolejne warstwy zjeżdżały na dół, albo po prostu niezbyt smaczny, postanowiłam urodzinowy tort narysować na naszych drzwiach, a skupić się na cieście. Od drzwi zresztą zaczęłam, aby się trochę rozruszać. Zobaczcie co wymalowałam mojemu Mężowi :)

Farba tablicowa na drzwiach, drzwi pomalowane farną tablicową
Uwielbiam nasze drzwi wejściowe, które Sebastian potraktował farbą tablicową - teraz możemy malować i pisać różne rzeczy: a to listę zakupów, a to wyznania miłosne, a to życzenia urodzinowe :) Czy ktoś z Was zgadnie, które nasze marzenie "zwizualizowałam" na dole drzwi? :)

Po zakończeniu malarskiego dzieła, ruszyłam ochoczo do kuchni, w której to miałam zamiar i nadzieję upiec pyszne, proste ciasto, na które przepis znalazłam w internecie. Posłuchajcie... jak bardzo można nie mieć pojęcia o pieczeniu ciast. Na swoją obronę dodam, że całkiem nieźle gotuję :)



Godzina 16.30

Wpisuję w google hasło: łatwe ciasto. Wyskakuje masę stron, otwieram jedną z nich, gdzie przepisów na słodkości mnóstwo. Powoli zjeżdżam kursorem w dół i mój wzrok zatrzymuje się na cieście jabłkowo-kokosowym z polewą chałwową. Wygląda pysznie. Myślę sobie, że skoro jest z dodatkiem jabłek, to może nie będzie takie trudne, może wyjdzie coś na kształt szarlotki, wzbogaconej po prostu o kilka smaków. A szarlotka raz mi wyszła. Chociaż właściwie piekłam ją wtedy z Babcią, więc NAM wyszła.

Stawiając zatem na jabłka i wiórki kokosowe, drukuję przepis i lecę do naszego osiedlowego sklepiku. Wszystko jest :) Wracając z zakupami, czytam jeszcze raz listę składników i moją uwagę przykuwa hasło: 180g cukru do ciasta... przystaję na chwilę, uruchamiając szare komórki... jak to? czy jest w ogóle coś takiego jak cukier do ciasta? Próbując sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek widziałam taki cukier na półkach sklepowych, spotykam, przy wejściu do klatki, sąsiadkę, która wraca z dziećmi z placu zabaw, a która piecze wyśmienicie. Pytam ją zatem o ów cukier. Ania po chwili zastanowienia mówi, że chyba raczej nie ma, że pewnie chodzi o zwykły. Uff.. jestem spokojna. Zwykły cukier mam.

Minutę później wypakowuję już z koszyka wszystkie dobra, układam na blacie i dopiero czytam część z instrukcją przygotowania:

"Jabłka ścieramy na tarce o dużych oczkach i  odciskamy sok" - łatwizna, raz i dwa i jabłka starte.

"Masło ucieramy do białości"... hmm? Do jakiej białości? Telefon do Mamy i wszystko jasne. Biorę zatem drewniany przyrząd, glinianą miskę i dzielnie ucieram. Ucieram, ucieram... ucieram... a masło cały czas żółte. Telefon do Mamy: czy to musi być całkiem białe, czy białawe? Mama stwierdza, że wystarczy białawe. Ucieram dalej, dodając zgodnie z przepisem cukier... Kryształki cukru nie chcą się rozpuścić... ucieram... dalej coś chrupie. Telefon do Mamy: czy cukier ma się rozpuścić, czy może jednak trochę chrupać? Mama oznajmia, że może chrupać. Uff... ucieram jeszcze chwilę i koniec tego dobrego. Na marginesie dodam, że tak dzielnie ucierałam, że do dzisiaj mam dwa odciski na prawej dłoni. 

"Wsypujemy mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia i delikatnie mieszamy" - telefon do Mamy: co to znaczy "delikatnie"? Delikatnie mikserem na niskich obrotach czy delikatnie ręcznie? Dostaję odpowiedź, zatem delikatnie mieszam ręcznie :)

"Dodajemy pianę z 4 białek i ponownie delikatnie mieszamy" - O rany, trzeba to wszystko podzielić do kilku misek. Wyjmuję jajka, oddzielam żółtka, białka dzielę na dwie porcje (bo w sumie jajek ma być 8). Do białek wpada mi żółtko, próbuję wyjąć... nic z tego, żółtko natychmiast zapaskudza białka :/ Zdejmuję fartuch i lecę do sklepu po nowe jajka. Wracam, dzielę, tym razem ostrożnie. Ale znów wpada mi kawałek żółtka. Malutki jest, więc go zostawiam.

Ubijam pianę - wiem, jak to się robi :))) Ubijam, ubijam... Telefon do Mamy: czy ta piana ma być tak ubita, że po odwróceniu miski ma się trzymać, czy może lekko spadać (bo mi się nie trzyma). Mama stwierdza, że nie musi trzymać się idealnie, ale trochę jednak powinna. Ubijam dalej... białka okazują się bardzo oporne. Telefon do Mamy: czy jak wpadło mi kawałek żółtka, to już mi się nie ubije? Mama pociesza, że jeśli to tylko kawałeczek, to się ubije.

Kontynuuję zatem żmudną czynność i wreszcie victoria! Trzyma się :) pianę dodaję do miski z utartym masłem.

"jeszcze raz delikatnie mieszamy" - Telefon do Mamy: a teraz "delikatnie" oznacza delikatnie mikserem czy delikatnie ręcznie? Mama odpowiada, ja delikatnie ręcznie mieszam.


"Ciasto dzielimy na dwie części. Do jednej dodajemy kakao. Ciasto kakaowe wykładamy na formę o wymiarach: 24 x 39 cm, na dno której kładziemy papier do pieczenia"  - Lecę do gabinetu po linijkę i ze zgrozą stwierdzam, że moja forma jest z każdej strony o centymetr dłuższa. Nie poddaję się, myśląc, że najwyższej ciasto wyjdzie trochę niższe. Papieru do pieczenia nie mam, zatem smaruję formę masłem i wsypuję na nią trochę bułki tartej (jestem z siebie dumna, że nie muszę dzwonić do mamy, pamiętam bowiem tę procedurę z dzieciństwa). Zgodnie z instrukcją wykładam ciasto kakaowe. Nie wiem czy źle odmierzyłam ilości składników, czy ten centymetr więcej ma tak wielkie znaczenie, ale ciasta na dnie jest jak na lekarstwo. Rozprowadzam je delikatnie po formie, niestety miesza się ono z bułką tartą, której widocznie wsypałam za dużo. Trudno. Ciasto będzie z bułką.


"Pozostałe białka ubijamy na pianę, dodajemy 5 łyżek cukru oraz wiórki kokosowe, a następnie mieszamy. Pianę kokosową wykładamy na ciasto kakaowe..."  - O rany, znowu ubijanie. Ubijam, wsypuję wiórki i zaczynam się domyślać, jak powstaje rafaello. Ubitą pianę rozprowadzam po cieście kakaowym.

"... a następnie dodajemy warstwę ze startych jabłek, wymieszanych z cukrem wanilinowym i przykrywamy je ciastem białym" - zaczynam rozprowadzać jabłka, po czym orientuję się, że zapomniałam ich wymieszać z cukrem wanilinowym. Zbieram zatem delikatnie jabłka z powrotem do miski. Otwieram torebkę z cukrem, szarpiąc niestety nieco za mocno i wysypuję zawartość do zlewu. Ubieram buty, idę do sklepiku po nowy cukier. Wracam i kończę skomplikowaną procedurę. Białego ciasta jest równie mało, co kakaowego, miesza mi się ono z jabłkami, wychodzi jeden wielki mix. Liczę jednak na to, że podczas pieczenia to się wszystko ładnie wyrówna. Pozytywne myślenie ma przyszłość :)

Uff... wszystko skończone.

"Ciasto pieczemy około 50 minut w temperaturze 180° C" - Telefon do Mamy: Czy ciasto mam włożyć do nagrzanego piekarnika, czy zimnego? Oczywiście nagrzanego :)



Nastawiwszy zegar, opieram się o blat i kilka dobrych minut podziwiam dzieło przez szybkę. Gdy wreszcie postanawiam zabrać się za sprzątanie (chyba nigdy nie ubrudziłam tylu naczyń na raz), zerkam na kartkę z przepisem i uświadamiam sobie, że trzeba jeszcze zrobić polewę! Niestety uświadomienie to przychodzi w momencie, gdy trzymam w dłoni chałwę... do połowy skonsumowaną. Najwidoczniej bezwiednie chwyciłam za mój ulubiony od jakiegoś czasu przysmak, gdy z zachwytem przyglądałam się piekarnikowi. No cóż.... nie chce mi się iść po raz kolejny do sklepu, wyjmuję zatem z szafki dwie gorzkie czekolady i topię je w wodnej kąpieli.

Zanim polewę wyłożyłam na ciasto, czekoladową kąpiel przeprowadziłam jeszcze dwukrotnie: raz, gdy tylko ciasto wyjęłam z piekarnika, a drugi raz, gdy ono ostygło. Przeczytałam w międzyczasie w internecie, że polewę lepiej wykładać na ostudzone ciasto.

Ciasto "udekorowałam" wiórkami kokosowymi, a z płatków migdałowych "ułożyłam" dwie cyfry (w końcu to urodziny) i przykryłam formę folią, aby mąż po powrocie, nie odkrył "pysznej" niespodzianki. Niestety gdy po godzinie zajrzałam pod folię, okazało się, że z ciasta zrobił się niski placek :( I do tej pory nie wiem, gdzie się podziały dwa centymetry z jego wysokości - dlaczego ciasta opadają? Mama też nie wie :)))


Ciasto wyglądało fatalnie, wiem :)) ratował mnie chyba tylko narysowany na drzwiach tort urodzinowy.


Ciasto wyglądało strasznie, a po "udekorowaniu" nawet gorzej niż przed "upiększaniem", ale Sebastian stwierdził, że jest pyszne :) W przyszłym roku jednak wybiorę się do cukierni, bo podejrzewam, że doceniając moje starania, mój kochany mąż nie chciał mi robić przykrości i prawdy nie powiedział. Według mnie było ono niezjadliwe i podziwiam go za to, że wmusił w siebie taki wielki kawał, którym go uraczyłam :)

Jak Wy dziewczyny pieczecie te piękne i pyszne ciasta, muffinki i inne cuda? Ja w zasadzie zrobiłam prawie wszystko zgodnie z przepisem. Czy i tutaj "prawie" to wielka różnica? Gdy oglądam na blogach śliczne zdjęcia ciast i ciasteczek, mam ochotę biec do kuchni i piec, ale okazuje się, że to wcale łatwe nie jest. Zatem nisko się kłaniam w Waszą stronę i podziwiam :)  Jak człowiek talentu nie ma, to może co najwyżej pooglądać Wasze cuda, udać się do kuchni i ugotować grochówkę :) lub żurek :))

I może nie powinnam się przyznawać do totalnego beztalencia w tym temacie, może prowadząc blog wnętrzarski powinnam być idealna, mieć idealny zawsze porządek, idealnie gotować, idealnie piec i idealnie fotografować, ale daleko mi do tego niestety... chociaż chyba się cofnę i wykreślę słowo niestety, bo czy idealnym być to taka przyjemność? Ale ponieważ nasz blog to również blog o marzeniach, ogłaszam, że mam marzenie kolejne: chcę się nauczyć piec :) tyle jest pysznych przepisów, tyle cudowności się naoglądam na innych blogach, że chociaż trochę się nauczyć chcę :)))) czy można "trochę umieć piec"?


Aby nie zostawić Was tak całkiem bez zdjęć, poza zaprezentowanymi zdjęciami marnego ciasta, mam dla Was kilka kadrów żywych dekoracji w naszym mieszkaniu :)

Lawenda na balkonie, kwiaty balkonowe, aranżacja balkonu

Lawenda na balkonie, kwiaty balkonowe, aranżacja balkonu, różowa surfinia, pachnąca surfinia

Malinówki, taca vintage

Różowe goździki
 
Różowe goździki

Margarytki

Żółta surfinia na naszym balkonie


Margarytki

Pachnąca surfinia na naszym balkonie

Pachnąca surfinia na balkonie


W kadr (a nawet kilka) załapał się też Morfi :)
Morfeusz, czarny kot


Życzę Wam pięknego piątkowego wieczoru i cudownego weekendu :)
Pozdrawiam,
Magda

14 komentarzy:

  1. Uściski i życzenia urodzinowe dla Sebastiana:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ewuś ja, dziękuje Sebastian :) Pozdrawiamy serdecznie :)

      Usuń
  2. Hehe,twoja mama miała natłok telefonów od ciebie :)) Kochana,ja też nie mam ręki do wypieków i kiedy "muszę" coś upiec to nie porywam się na żadne torty tylko w miarę proste ciasta ale i to potrafię sknocić ;p Ale muffinki mi wychodzą ;p
    Najlepszego dla męża!
    A te drzwi tablicowe są genialne! A to widoczek z waszego wymarzonego domku? :)
    Buziaczki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadłaś!!! To widok na Śnieżkę, który chcielibyśmy mieć z okien :)))) Brawo :) a Mama już się śmiała, gdy kolejny raz dzwoniłam, ale dzielnie odpowiadała :) Ja jeszcze spróbuję tych muffinek, one mniejsze są, to może łatwiejsze? :) buziaki Kochana :*****

      Usuń
  3. To sie uśmiałam:D moj Mąż ma urodziny dziś, i wiesz co? Moja ukochana Mama, znajac moje wypiekowe zacięcie, w ramach prezentu upiekła swemu nowo mianowanemu ZIĘCIOWI-piękny tort:)) uff:)) Najlepsze zyczenia dla Malzonka, a drzwi-wow!:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana Teściowa :))) Moja Mama też dwukrotnie piekła tort w prezencie :) w tym roku też chciała, ale powiedziałam, że dam radę :) Malowany tort też tort, a świeczkę mąż dmuchał na moim nieudanym cieście :)))) Dziękujemy za życzenia i przekaż najlepsze życzenia mężowi swojemu :) pozdrawiam :)))

      Usuń
  4. Ha, a to dopiero:))) Grunt, że mężowi smakowało !!! I że to Twoje własne, bo najważniejsze jest włożone serce a nie efekt..., ja dziś przystępuje do pichcenie, bo jutro urodzinki mojej młodszej córci "7". W planach torc i małe co nieco:) Zobaczymy co z tego wyjdzie.
    A żywe kadry piękne, ja kocham wszelkie kwiaty:)))
    Pozdrawiam Cię serdecznie i miłego weekendu życzę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie byłabym pewna czy mu smakowało :)) może to tak samo jak z moim prasowaniem, pomimo usilnych prób wszystko pogniecione, a Sebastian mówi, że wyprasowane idealnie :) Udanego pichcenia Agatko i wszystkiego najlepszego dla córci - poważny wiek :))) jak się domyślam, pewnie się szykuje garden party :) zatem czekam na relację z Twojego pięknego ogrodu! Koniecznie :))) buziaki dla Ciebie i pięknego dnia :****

      Usuń
  5. też (niestety) nie jestem ideałem w tym temacie ;-/
    ratuję się, jak mogę, wyszukując łatwe przepisy i często kierując się intuicją ;p
    coś tam pamiętam z dzieciństwa, w końcu wychowywałam się z Mamą i Babcią :D
    bardzo lubię przepisy Liski (White Plate) są łatwe i pyszne, choć nigdy moje wypieki i desery nie wyglądają tak, jak na zdjęciach! zupełnie nie wiem dlaczego???
    ale dobrze ubita piana, nie wypada z miski po odwróceniu miski! tyle wiem ;p

    Życzenia dla Sebastiana, same serdeczności! 100 LAT :))))))
    & głaski dla Morfiego i Tygruni :)
    a dla Ciebie uściski i info- nie ważne jak wygląda, ważne - jak smakuje! ;p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Karola i Sebastian dziękuje i Morfi z Tygrynią też dziękują :))) Muszę się chyba skusić na wypróbowanie przepisów White Plate - widziałam już kiedyś u Ciebie efekty Twoich próbna blogu - efekty wyglądały pysznie :))))) Ta piana może jednak przez to żółtko nie chciała się ubić? Na szczęście bloga kulinarnego nie prowadzę, o wnętrzach wiem nieco więcej niż o ciastach, więc mogę chyba spać spokojnie :D buziaki dla Was ****

      Usuń
  6. Oj, jak dobrze się pośmiać z czyiś dokonań.:) Sama coś wiem o tym, o czym piszesz. Jestem wyjątkowym beztalenciem i każde ciasto potrafię "położyć". Podziwiam Cię jednak za to, że wzięłaś się za taki przepis. Moim skromnym zdaniem, nie jest wcale taki łatwy. Łatwy, to dla mnie taki, w którym wsypujesz wszystkie składniki do michy, miksujesz, wylewasz...a i tak te niby- prościzny wychodzą mi tak, jak chcą i kiedy chcą...
    Nie zapomnę, kiedy naoglądałam się na blogach wnętrzarskich w okolicach około-świątecznych zdjęć przepysznych pierniczków...wyszły mi bezsmakowe klocki o wyglądzie betonu i wydaje mi się, że gdybym zamach wielki wzięła, mogłabym spokojnie kogoś lub coś uszkodzić moim świątecznym piernikiem.:)
    Tak więc spokojnie, nie poddawaj się! Będę Cię wspierać w dokonaniach... i motywować siebie też...:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi się wydawał łatwy, bo nie mam pojęcia o pieczeniu i szczerze mówiąc nie przeczytałam go dokładnie :))) muszę teraz spróbować z muffinkami - dziękuję za wsparcie i ja wspieram Ciebie też :)))) może razem się pouczymy :) mi pierniki bożonarodzeniowe wyszły pyszne, ale tyyyle z tym roboty! wolę robić ozdoby z masy solnej :)) buziaki Joasiu wysyłam :***********

      Usuń
  7. z przyjemnością przeczytałam Twoje zmagania z upieczeniem ciasta przy okazji zyskując fajny przepis :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :)) cieszę się - powodzenia w pieczeniu :) Dobrego dnia!

      Usuń

Za każdy pozostawiony ślad pięknie dziękujemy :) Blog żyje dzięki Waszym komentarzom :)