niedziela, 6 lipca 2014

Po prostu Em. - odcinek 2

Bardzo Wam dziękuję za wszystkie ciepłe słowa pod ostatnim postem, w którym zadebiutowała Em. Za dobre słowa, za opinie zarówno w komentarzach, jak i w mailach. Nie spodziewałam się tego, nie spodziewałam się tak miłych reakcji, tylu e-maili. Jesteście kochani! Z wrażenia, nie wiedziałam nawet, co odpisywać... to napisałam kolejną część historii Em. Jeśli więc, chociaż trochę Was zaciekawiłam, zapraszam na odcinek 2 :) 
Odcinek 1 znajdziecie - tutaj.




Maj 2001

Małgosia stała na placu przed Dworcem Głównym i oszołomiona hałasem, gwarem i swoimi emocjami, które nie do końca były takie, jak się spodziewała, próbowała się zorientować, w którą ma iść stronę, gdzie jest ten przystanek, o którym mówiła Pani Aniela, w którym kiosku ma kupić bilet i co ona właściwie tu robi. Spieszący się dokądś ludzie, co chwilę ją potrącali, patrząc z oburzeniem na wysoką dziewczynę, która wyglądała, jak kupka nieszczęścia i która stała im po prostu na drodze. Na drodze na peron, na drodze na przystanek, na drodze do…. A oni się spieszą, oni nie mają czasu na kontemplowanie wielkomiejskiego gwaru, na nich czeka szef, na nich czeka niania, którą muszą zwolnić do domu, na nich czeka zmęczona przedszkolanka, która musiała zostać godzinę dłużej, bo nie miała co zrobić z nieodebranymi na czas dziećmi, na nich czeka rezerwacja w najmodniejszym lokalu w mieście, która za chwilę może przepaść bezpowrotnie, na nich czekają wakacje last minut, ale samolot na nie z Warszawy, więc trzeba pociągiem… 

- Niech się więc ruszy i zrobi miejsce, a nie stoi na środku jak księżniczka jaka – do Małgosi nagle dotarły słowa, wykrzyczane przez Panią w średnim wieku, taszczącą dwie srebrne walizki, do których przymocowany był słomkowy kapelusz i plażowa mata. Pani miała wyjątkowo bladą cerę, wściekle niebieski cień na powiekach, rozmazaną szminkę i kok, przypominający wielką meduzę. Dysząc i sapiąc, stała przed Małgosią i najwyraźniej gdzieś się pilnie spieszyła.

Małgosia nie rozumiejąc, dlaczego krzycząca postać nie może jej po prostu wyminąć, posłusznie odsunęła się na bok i patrzyła, jak kobieta z meduzą na głowie błyskawicznie się od niej oddala, a następnie znika w wielkich drzwiach dworca. Patrzyła jeszcze przez chwilę na biegających ludzi, zastanawiając się, dokąd tak pędzą, po czym sięgnęła do swojej światowej torby, wyjęła bardzo ważny brulion, a z niego kartkę z adresami.

- Kampinoska  27, Jadwiga Zarzeczna – przeczytała na głos i oczami wyobraźni zobaczyła pomarszczoną, zgiętą staruszkę, której nigdy nie widziała, a z którą przyjdzie jej niestety mieszkać.



Zła trochę była na taki obrót spraw, ona chciała do centrum, do rynku, do ludzi z Wielkiego Świata, a tu Babcia wczoraj wyciągnęła ze swojej szuflady, która była wyjątkową szufladą, kartkę pocztową, zadzwoniła gdzieś i zakomunikowała, że skoro Em jechać musi, niech jedzie, ale nie będzie wieść żywota tułaczego, co to, to nie i zatrzyma się u żony Kazika, czyli żony jej byłego męża, czyli żony Em dziadka. Em, której z wrażenia odjęło głos, skinęła jedynie głową, nie mogąc wciąż zrozumieć co też Babcia do niej mówi. Jaka żona Dziadka? To Dziadek miał żonę? Jej Dziadek? Przecież Dziadek miał Babcię, to jak….. fakt, że wyjechał, ale żeby zaraz żonę? Nie zważając na to, że Babcia coś jeszcze mówi, wymachując do niej całkiem nowiutką mapą Wrocławia (skąd Babcia ją wzięła???), poszła do siebie, po drodze potykając się o spakowaną już torbę i czerwone szpilki, które wczoraj dostała od Emilki.

Zamknęła drzwi, usiadła przy biurku i z szuflady wyjęła stare karty pocztowe, które prócz metalowej skarbonki PKO, były jej jedyną pamiątką po Dziadku: Łódź, Toruń, Bydgoszcz, Gdańsk, Sopot, Szczecin, Poznań, Wrocław – ta była ostatnia. Odwróciła ją, by sprawdzić datę na stemplu, chociaż znała ją dokładnie na pamięć: 12 czerwiec 1994. Wpatrując się w tę, już trochę zamazaną pieczęć, przypomniała sobie, jak kładła się wieczorami obok dziadka, podczas gdy Zosia leżała z jego drugiej strony. Dziadek tuląc je, opowiadał o sarnach, z którymi był za pan brat i o Panu Zającu, który był jego najlepszym kumplem w czasach partyzantki. Nie bardzo rozumiały wtedy znaczenie słowa partyzantka, ale nie pytały, bo Dziadek opowiadał tak zajmująco, że nie chciały przerywać. Pomimo, że w jego opowiadaniach nigdy nie było ludzi, zawsze było mnóstwo niezwykłych przygód. Był Pan Zając, były sarny i Stary Dzik, który wskazywał mu bezpieczną drogę z lasu do wsi, był Pan Lis, który przynosił mu jajka na śniadanie, były fioletowe jagody, które uratowały mu razu jednego życie i była Pani Sowa, która ostrzegała go przed nadejściem burzy, ale nie było ludzi….

Em bardzo kochała Dziadka i gdy ten wyjechał, poczuła się przez niego zdradzona. Zostawił ją, zostawił Zosię i Babcię, a obiecywał, że nigdy ich nie opuści, że zawsze, że na pewno i wszędzie będzie się nimi opiekował. Bo gdy rodzice Małgosi i Zosi zginęli w wypadku, wracając z dwuletniego pobytu na tak zwanych saksach, to właśnie Dziadek ją tulił i uspokajał, obiecywał, że wszystko będzie dobrze, chociaż ona nie bardzo rozumiała, o co mu właściwie chodzi. Docierało do niej, że Tata i Mama już nie wrócą, ale jej nigdy nie brakowało ich obecności. Może na początku trochę tęskniła, płakała wieczorem w poduszkę, ale cichutko, by nie obudzić Zosi. Szybko jednak przestała. Było jej dobrze i nie odczuwała braku nikogo i niczego: była Zosia, była Babcia, był Dziadek, była Pani Aniela, do której w niedzielę chodziła na telewizję i na rozmowy o dalekich krajach, były wieczorne bajki, czytane na dobranoc i poranne całusy na dzień dobry. Były popołudniowe spacery z kudłatym Felkiem i sobotnie wycieczki z Dziadkiem na ryby, po których Babcia krzyczała, że Dziadek ma sam oprawiać te paskudztwa, skoro ich tyle nałowił. Dziadek rozkładał więc na podłodze w kuchni gazety, siadał na krzesełku turystycznym, skrobał, czyścił, filetował, a potem wyciągał z szafki wielką, czarną i trochę pogiętą patelnię, z wiaderka cebulę, z lodówki kawał masła i smażył. Em dzielnie mu pomagała, podczas gdy Babcia zamykała się z Zosią w pokoju, nie mogąc znieść ani widoku martwych ryb, ani zapachu, jaki im towarzyszył. Dopiero gdy z kuchni zaczynały docierać do nich odgłosy skwierczącej patelni, rozkładanych przez Em talerzy i sztućców, łaskawie się wyłaniały, godząc się uprzejmie na towarzyszenie im w konsumpcji owoców pobliskiej rzeki. 

Taki podział utrzymywał się zawsze: Zosia z Babcią, Em z Dziadkiem. Zosia z Babcią chodziła na wtorkowe próby chóru kościelnego, Em wychodziła z Dziadkiem na dach ich budynku, obserwować chmury. Babcia uczyła Zosię szydełkować i dziergać, Dziadek uczył Em, jak zrobić wędkę z kija. Babcia zabierała Zosię na targ, żeby kupić jej nową sukienkę, Em szła z Dziadkiem po nowe kalosze. Zosia w niedzielę lepiła z Babcią pierogi i makowce, Dziadek zabierał Em do lasu nad rzeką i pokazywał, gdzie znaleźć najfajniejsze robaki, na które złapie się każda ryba. Dlatego, gdy Dziadek pewnego razu wyszedł i już nigdy nie wrócił, Em poczuła się zdradzona. Wiele miesięcy upłynęło, zanim znów zaczęła wychodzić na dach, aby siedząc na starym krzesełku turystycznym, liczyć pojedyncze chmurki.

Patrząc teraz na ostatnią kartkę, którą dostała od Dziadka, nie mogła uwierzyć, że On gdzieś tam w Wielkim Mieście miał Żonę, że miał nowe, jakieś obce życie. Nigdy się nad tym nie zastanawiała. Dziadka po prostu nie było. Dziadek podróżował, a potem już go nie było, a tu raptem żona… jaka żona???



- Em! Ja mówię do Ciebie! – to Zosia stała przy biurku i trzymając jakąś kopertę, wpatrywała się w nią wielkimi, smutnymi oczami, które przywodziły jej na myśl oczy psa Pluto.

- Przepraszam, zamyśliłam się – Małgosia wstała, przytuliła swoją młodszą siostrzyczkę, która  była już teraz młodą kobietą, a nie nieporadnym dzieckiem, które wciąż i zawsze wszędzie za nią chodziło i przed którym nie było rady uciec. Goniła ją zawsze na swoich krótkich nóżkach, aż Em robiło się jej szkoda i przystawała. Brała siostrę za rękę i zabierała ją do Swojego Tajemnego Miejsca. Zosia była dobrym kompanem, nigdy za wiele nie mówiła, więc Em mogła w spokoju przesiadywać na największym drzewie nad ich rzeką, czytać kolorowe czasopisma, które dostawała od pani Anieli i marzyć o Egipcie, o Afryce, Indiach, Amazonii i wszystkich tych kolorowych miejscach, które tak bardzo chciałaby kiedyś zobaczyć.

- Proszę Cię, nie jedź… Em – zachlipała Zosia i wtuliła się w nią całym stukilowym ciałem, aż Em musiała oprzeć się o biurko.

- Muszę. Nie mogę tu zostać. Tu nigdy Nic się nie wydarzy. Tu na Nic czekać i na Nic liczyć… Zosiu, rozmawiałyśmy już o tym… poza tym prosiłam Cię, żebyś mówiła do mnie Margaret – Em z trudem oderwała się od Zosi i patrząc jej głęboko w oczy, obiecała: - Przyjedziesz do mnie. Będziemy mieszkać w apartamencie na najwyższym piętrze, będziemy codziennie budzić się w chmurach, zobaczysz… będzie pięknie.

- Ja nie chcę! To tu są najpiękniejsze chmury! Nigdy do Ciebie nie przyjadę! I dla mnie zawsze będziesz Em. Po prostu Em. – wykrzyczała Zosia przez łzy, odwróciła się na pięcie i już jej nie było.

Od wielu lat Małgosia dziwiła się, jak jej siostra, pomimo stu kilogramów, z którymi bez sukcesu walczyła, porusza się tak zgrabnie i tak szybko. Zosia była jak koperek, wszędzie było jej pełno, była całkowitym przeciwieństwem Em i chociaż znamię w kształcie muszelki, które obie miały na lewym ramieniu, zdawało się potwierdzać pokrewieństwo, Małgosia czasem się zastanawiała, czy aby na pewno są siostrami. Małgosia wysoka – Zosia niska, Zosi włosy były czarne jak smoła - Małgosi blond (no dobra, farbowane, ale nie można było od niej wymagać, by żyła z sino-mysim kolorem włosów!), Małgosi zdarzyło się mylić przy najprostszym mnożeniu – Zosia w pamięci obliczała pierwiastki, potęgi, całki i inne te matematyczne dziwolągi. Zosia pięknie śpiewała - Małgosia całkowicie słuchu i tak zwanego głosu nie miała. Do dziś pamięta kompromitację, która była jej udziałem w szóstej klasie szkoły podstawowej, kiedy to Pani od muzyki kazała Małgosi zaśpiewać przy całej klasie piosenkę, podczas gdy sama miała jej akompaniować na pianinie. Na nic zdały się wykręty i tłumaczenia, że gardło boli, że infekcja, że drapie i piecze. Nauczycielka była nieugięta, kazała jej wyjść na środek i zaśpiewać. Po kilku słowach skrzeczącej Małgosi, Pani od muzyki przerwała swoją grę i z oburzeniem, wpisując okrągłą dwójkę do dziennika, stwierdziła, że nie widzi nadziei dla Małgosi i żeby ta już lepiej nigdy, przenigdy nie śpiewała. U niej ma absolutną i nieodwołalną pałę ze śpiewania i jeśli chce przejść do następnej klasy, musi się chociaż nauczyć czytać nuty - to jej jedyna nadzieja. Do dzisiaj Małgosia słyszy szyderczy śmiech Pawła z drugiej ławki pod oknem, do którego wkrótce dołączyła cała klasa. No prawie cała, bo On się nie śmiał. On podszedł do niej na przerwie i prosił, by się nie przejmowała, że muzyka to nic nie znaczy na świadectwie i że jemu się podobało, że podobało mu się jak Małgosia śpiewa i że dla niego mogłaby śpiewać tak zawsze. Ale Stefan zawsze był dziwny, więc nie brała jego słów na poważnie. Wróciła z płaczem do domu i przez tydzień nie wychodziła z pokoju, do łazienki zakradając się, gdy Zosi i Babci nie było. Odmawiała nawet konsekwentnie przez dzień jeden posiłków, postanawiając zakończyć swój marny i nic nie warty żywot. Konsekwencji jednak starczyło jej tylko na dzień jeden, bo sprytna Babcia usmażyła wątróbkę z jabłkami, której Em nigdy nie mogła się oprzeć. Pomimo tego, że następne posiłki, które Babcia stawiała na kolorowej tacy pod drzwiami, łaskawie przyjmowała, przez sześć kolejnych dni siedziała w pokoju.


- Em, Zosia! Zosia, Em! Kolacja! – we wspomnienia wdarł się głos Babci, która zawsze wołała je tak samo. Nie mogła krzyknąć: dziewczyny kolacja! Nie mogła krzyknąć samego: Em i samego: Zosia. Zawsze, odkąd Dziadek wyjechał, wołała tak samo: Em, Zosia! Zosia, Em! I gdy kiedyś spytała o to Babcię, ta odpowiedziała, że to o równość chodzi, żeby wiedziały, że obie są dla niej tak samo ważne. Dziwna ta Babcia czasem była, bo one i bez tego wiedziały. Czuły to każdego dnia i każdej chwili, z wykluczeniem poranków, kiedy to Babcia zmuszała je do jedzenia, znienawidzonej od pierwszej łyżki, zupy mlecznej. 

Małgosia myśląc, że to babcine wołanie słyszy pewnie po raz ostatni, jutro bowiem rusza do Wielkiego Miasta, skąd wracać nie miała zamiaru i w którym zawsze już będzie Margaret, rzuciła okiem na okrągły zegarek, stojący na szafeczce przy jej wersalce i chwyciła się za głowę. Z przerażeniem, że nie zdąży na umówioną godzinę w solarium, złapała torebkę i wybiegła, w przelocie krzycząc do Babci, że zje później.

***
Zastanawiając się, czy nie wziąć taksówki, aby zajechać na Kampinoską z fasonem, trzymając w ręku kartkę z adresem, ruszyła w kierunku przystanku. Niezastąpiona Pani Aniela, która we Wrocławiu miała córkę, wytłumaczyła jej wczoraj, jaki tramwaj (i z którego przystanku) zawiezie ją w pobliże domu Pani Jadwigi Zarzecznej, narysowała też, jak na ów przystanek dojść z placu przed dworcem. Potem razem studiowały mapę, odnajdując bez problemu Park Południowy, przy którym ulica Kampinoska się znajdowała. Em miała dobrą pamięć do opisów, więc miała wrażenie, że ten kawałek Wrocławia zna już doskonale. Ciągnąc za sobą nie lekką wcale torbę, szła zatem dystyngowanie, z głową uniesioną wysoko do góry, aby nikt nie zauważył, z jak małego miasteczka pochodzi. 

To nic, że na krzywej kostce chodnika odpadło jedno kółko jej torby. To nic, że zanim doszła do pierwszego przejścia dla pieszych, noga uwięzła jej w kratce ściekowej, w wyniku czego czerwony obcas niebezpiecznie odchylił się od pionu, najwyraźniej grożąc złamaniem. To nic, że zgubiła kartkę z adresem, ruszając biegiem ze środka ulicy Piłsudskiego, wystraszona głośnym dzwonieniem, które nagle rozległo się za jej plecami. To ostrzegawczo dzwonił motorniczy, aby nie rozjechać wysokiej dziewczyny, która nagle weszła na tory, wprost przed jego tramwaj, którym właśnie skręcał z Kościuszki na Piłsudskiego. Od dzwoniącego tramwaju, przejeżdżającego raptem za jej plecami, Małgosi o mało nie popękały bębenki w uszach. W tej samej chwili dotarło do niej, że rozpaczliwie machający rękoma chłopak, stojący pod drogerią po drugiej stronie przejścia dla pieszych, przez które dystyngowanie przechodziła właśnie Małgosia, nie jest niezrównoważony, ale macha do niej, wskazując jednocześnie na sygnalizator, na którym paliło się czerwone światło. Cudem uniknąwszy nagłej śmierci, Małgosia grzecznie podziękowała chłopakowi lekkim skinieniem głowy i poszła dalej.

Nic to wszystko. Kółko było właściwie niepotrzebne, bo torba miała rączkę, w kiosku na przystanku kupiła taśmę klejącą i zgrabnie skleiła obcas, a adres znała już na pamięć.
 
I gdy przyjechał tramwaj numer 9, wsiadła do niego z nieco potarganą już fryzurą, ale z głową jeszcze wyżej uniesioną do góry i z jeszcze większą nadzieją w sercu, że dalej może być już tylko lepiej. Usiadła na jedynym wolnym krzesełku i wyjęła z torby mapę Wrocławia, którą Babcia, jak się wczoraj okazało, zamówiła u Pani Anieli, specjalnie dla niej już miesiąc temu. Szukając, zaznaczonego wczoraj flamastrem Parku Południowego, poczuła na sobie czyjś wzrok. Nigdy nie wiedziała, co robić w sytuacji, gdy czuła na sobie uporczywe spojrzenie. Czy szukać tych oczu w tłumie, czy odpuścić i dalej robić swoje. Zdecydowała nie szukać i jedynie wyżej unosząc podbródek, zaczęła się przyglądać mijanym budynkom, samochodom i ludziom. Po chwili zapomniała o obcym wzroku, a zatopiła się w wielkomiejskim świecie i jego pędzie. 

Z zamyślenia wyrwało ją nagłe uderzenie w ramię. Odwróciła głowę i zauważyła kolebiącego się nad nią starszego Pana, który ledwo utrzymywał pion, będąc najwidoczniej bardzo zmęczonym po pracy. Małgosia takie zmęczenie nie raz widywała w swoim miasteczku, zatem powoli wstała ze swojego miejsca i przekonując Pana, że będzie bezpieczniej dla niego i innych, gdy ten sobie wygodnie usiądzie, przeszła na tył wagonika. Pan przez chwilę patrzył za nią mętnym wzrokiem,  ale po chwili posłusznie zajął krzesełko. 

Małgosia natomiast stojąc przy szybie i patrząc na zostawiane z tyłu budynki i budyneczki, powoli dochodziła do wniosku, że podróż trzęsącym tramwajem nie należy do najprzyjemniejszych i prawdopodobnie będzie musiała poszukać jakieś apteki, by kupić coś na rozprzestrzeniający się ból głowy. Wielkie Miasto okazało się naprawdę wielkie. Jechała, jechała, już tyle ulic minęła i tylu ludzi… Skąd oni są, czy są wśród nich jej podobni, czy też może wszyscy są Stąd i nie spotka tu ani jednej, podobnej sobie duszy? Obserwując mijane ulice, jednocześnie liczyła w myślach przystanki i wiedziała, że na kolejnym musi już wysiąść. Niemal łamiąc sobie nogi, w tych niebotycznie wysokich szpilkach z uszkodzonym obcasem (jak Emilka mogła w nich chodzić?), wytarabaniła się z wagonika i usiadła na przystankowej ławeczce. Dokładając tu i ówdzie taśmy klejącej, znów poczuła na sobie czyjś wzrok. Tym razem postanowiła sprawdzić. Podnosząc głowę, natychmiast spotkała się z oczami, które doskonale znała, a które zniknęły jej z pola widzenia wiele lat temu.

Stefan mieszkał w jej bloku dwie bramy dalej i odkąd rodzice przenieśli go z czwartej b do czwartej a, do której Małgosia również chodziła, codziennie czekał na nią rano pod jej bramą. Szli razem w milczeniu do szkoły, po czym na korytarzu bez słowa się rozstawali. Ona miała swoje koleżanki, on trzymał się na uboczu. Po lekcjach czekał na nią cierpliwie, siedząc na jedynej, niezniszczonej ławce przed budynkiem szkoły i w milczeniu wracali razem do domu. Pod jej bramą rzucał tylko szybkie „do jutra” i tyle go widziała. Rytuał ten powtarzał się niezmiennie aż do końca ósmej klasy szkoły podstawowej.  Po południu nigdy się nie spotykali. Nikt nigdy nie zapytał ich o to, dlaczego ze sobą nie rozmawiają i dlaczego codziennie, niezmiennie pokonują tę samą trasę w milczeniu. Ona również się nad tym nie zastanawiała. Po prostu tak było. Było tak do momentu, kiedy zaraz po szkole podstawowej, jego rodzice przenieśli się do Wielkiego Miasta, zabierając ze sobą oczywiście Stefana. Ona po podstawówce poszła natomiast do jedynej w miasteczku szkoły zawodowej dla dziewcząt, aby po jej ukończeniu, czesać te same wciąż głowy w jedynym w jej miasteczku zakładzie fryzjerskim.

A teraz z potarganą fryzurą, z zepsutym obcasem i urwanym kółkiem, patrzyła w szare, spokojne oczy Stefana, który wpatrywał się w nią bez słowa i czuła, że coraz bardziej się czerwieni.

***
c.d.n.


Dworzec Główny przed (na górze) i po (na dole) remoncie.

Dworzec Główny we Wrocławiu.


Dziękuję Wam serdecznie za odwiedziny i obiecuję, że jutro będzie już o wnętrzach :)
Dobrego wieczoru :)))
Pozdrawiam,
Magda :)


źródło zdjęć Wrocławia: panoramio.com, wikipedia

14 komentarzy:

  1. i tak zamiast uczyć się na egzamin dyplomowy, ja czytam historię Em :) nie lubię historii w odcinkach, bo nie mogę doczekać się kolejnego :) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :))))))))))))))))))))))))))))) dziękuję :)

      Usuń
  2. No i potwierdza się...talent masz kochana , nie możesz go zmarnować:))) Przecież to historia z której może być książka.
    Czekam na dalsze...odcinki oczywiście.
    Pozdrawiam Cie seredecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, książka to chyba za duża poprzeczka :))) Ale piszę z ogromną przyjemnością, tym bardziej, jeśli Ktoś czeka :)))) to niesamowite dla mnie :))) Buziaki :****

      Usuń
  3. Witaj moja Wielka !!!! Po weekendowej nieobecności .....bo zwiałam do lasu....odsapnęłam od ludzi.....Wchodzę zobaczyć co tam u mojej Madziuchny.......a tu takie buty!!!!! Wiesz no jesteś niesamowita....ja tu czaję się z każdym słowem.....boję się cokolwiek pokazać, by nie usłyszeć krytyki.....bo nie umiem sobie z nią radzić.....a Ty nic sobie nie robisz z obaw.....dajesz na całego......Och Kocham Cię za to normalnie!!!!!!! Madziu cudowny tekst.....obydwa odcinki bardzo w moim stylu......trochę ironii ....dobrze wszystko poskładane i Kochana zapowiada się naprawdę niezła i wciągająca historia......jestem pod wrażeniem !!!!!! Już czekam na ciąg dalszy!!!!! I na pewno poinformuję na moim blogu o Twoich poczynaniach, bo jest o czym !!!!!! Co za kobieta, no nie mogę !!!!!!!
    Buziaki Słońce moje .....rozpromieniasz piękny wieczór!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rany Olu.... tyle ciepłych słów... dziękuję!!! a Ty się dłużej nie czaj, tylko pisz :))))) ja obawy mam ogromne, nie da się chyba bez obaw, ale pragnienie pisania jest widocznie większe niż obawy, skoro się odważyłam.... zobaczymy co wyjdzie.... w głowie historia niemal cała napisana :) Dziękuję Ci Kochana bardzo :)))))

      Usuń
  4. Oczywiście w weekend nie dotarłam do części pierwszej...ale nic to...teraz nadrobiłam...Kochana masz dar...wykorzystaj, bo jak nie wykorzystasz to ja Cię będę chyba musiała ukatrupić. Buziaki dla Ciebie i dobrego dnia ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oluś kochana Zebro Ty moja dziękuję Ci bardzo :))))) ja aż tak o swojej pisaninie nie myślę, ale miło czytać takie słowa, mimo, że groźbą podszyte :))))))) Buziaki Kochana i pięknego dnia :))))

      Usuń
  5. hi hi hi idę czytać część trzecią :))))))))))))))))
    Jupi!

    OdpowiedzUsuń
  6. robi się coraz ciekawiej :) naprawdę super napisane :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję rumieniąc się strasznie.... :) buziaki!

      Usuń

Za każdy pozostawiony ślad pięknie dziękujemy :) Blog żyje dzięki Waszym komentarzom :)