niedziela, 13 lipca 2014

Po prostu Em. - odcinek 5

Zapraszam na kolejny odcinek o Em :) Wcześniejsze znajdziecie tutaj







***

Gdy Pani Jadwiga wyszła, Małgosia długo spoglądała na leżące na łóżku sukienki, nie mogąc się nadziwić, jak kobieta w XXI wieku może nosić ubrania rodem z wieku XIX. W końcu zaczęła powoli wieszać je w szafie. Zastanawiała się, czy starczy jej umiejętności, by zrobić z nich coś, co będzie nadawało się do noszenia. Nie chciała robić przykrości Pani Jadwidze, widziała z jaką ona czułością kładła na łóżko każdą z tych sukienek, jak gładziła je ręką, jak były one dla niej ważne. Dlatego grzecznie podziękowała i obiecała, że następnego dnia je przymierzy. Wyciągając kolejne, pachnące wieszaki, nie mogła się oprzeć wrażeniu, że znalazła się całkiem w innym świecie. Jechała do wielkiego, nowoczesnego miasta, a trafiła do muzeum, w którym nie bardzo chciała chyba zostać. Trzeba się z tego jak najszybciej wyplątać. 

Bo niby co jest takiego złego w jej ubraniu? Gdy chodziła w tenisówkach lub w kaloszach, gdy nosiła rozciągnięte szare bluzy i bawełniane, wygodne spodnie – nie podobała się Babci Marysi, która wytykała jej, że wygląda jak chłopak. Nie podobała się też koleżankom ze szkoły fryzjerskiej, które wytykały jej, że wygląda niechlujnie i nie podobała się właścicielowi zakładu fryzjerskiego, w którym starała się o pracę, zaraz po skończeniu szkoły. Warunkiem zatrudnienia było obiecanie przez Małgosię, że doprowadzi się do porządku. Nie bardzo wiedziała, co to dokładnie oznacza, ale podpatrując styl koleżanek z byłej klasy, styl żony właściciela zakładu, kupiła parę odpowiednich rzeczy na targu. Kilka kolejnych wyprosiła u Emilki, która wprawdzie była od niej drobniejsza i jej ubrania były na Małgosię trochę za ciasne, ale po przeróbkach, w których pomogła jej Pani Aniela, mogła je nosić. Gdy żona właściciela zakładu spytała, czy Małgosia nie jest na coś poważnie chora, bo bladość jej skóry jest niepokojąca, zaczęła chodzić do solarium. Gdy koleżanki z pracy, którą dzięki metamorfozie udało jej się dostać, spytały czy długo zamierza jeszcze straszyć ludzi sino-mysim kolorem włosów, przefarbowała się na jasny blond. Początkowo nie czuła się zbyt dobrze w nowym wcieleniu, ale doszła do przekonania, że widocznie takie są wymogi współczesnego świata i skoro zamierza w przyszłości uciec do Wielkiego Miasta, musi się dostosować do większości, nie może zbytnio odstawać. Szare ubrania, tenisówki i kalosze schowała głęboko do szafy i wyciągała je tylko wtedy, kiedy uciekała nad rzekę, do swojej tajemnej kryjówki. Może nie był to już odpowiedni wiek na chodzenie po drzewach, ale drzewo nad rzeką było jedynym miejscem, w którym mogła spokojnie myśleć i marzyć o wielkim świecie. Jedyną osobą, która kibicowała jej marzeniom i która przekonywała ją do tego, że warto je spełniać, bo życie jest zbyt krótkie i zbyt wartościowe, by spędzić je, przesiadując na drzewie, była Pani Aniela.

Pani Aniela mieszkała na tym samym piętrze i Małgosia znała ją od dzieciństwa. Nie miała męża, nie miała ani psa, ani kota, miała jedynie córkę, która jako dziecko wyjechała ze swoim ojcem do Wrocławia i tam już została. Pani Aniela bardzo za nią tęskniła i chyba dlatego ją, Małgosię, otoczyła szczególną opieką. Z Biblioteki w Es, w której pracowała, przywoziła jej czasopisma i książki. Pomagała w tłumaczeniu włoskich piosenek, w których Małgosia się zasłuchiwała i które chciała koniecznie zrozumieć. Nauczyła Małgosię szyć na maszynie, o czym nie wiedziała nawet Babcia Marysia. Według Babci Marysi, Em miała dwie lewe ręce do wszystkiego i nie warto było uczyć ją szydełkowania, robienia na drutach, gotowania i innych umiejętności, do których potrzebny jest naturalny dar, którego Em niestety nie miała. A Pani Aniela cierpliwie tłumaczyła, po co jest fastryga, jak używać naparstka, jak wymieniać igły w maszynie, jak zwęzić czy poszerzyć sukienkę. Ileż to razy Małgosia rzucała opornym materiałem i odsuwała ze złością pedał od maszyny, aby po chwili, zachęcana przez Panią Anielę, próbować raz jeszcze i raz kolejny…

Uśmiechając się do wspomnień, poczuła ogarniającą ją senność. Postanowiła zatem wziąć kąpiel i położyć się spać. To był naprawdę długi dzień. Wchodząc do łazienki przeżyła kolejny szok tego dnia: to nie była łazienka, to był prawdziwy salonik kąpielowy z marmurową podłogą, z wielką wanną, błyszczącymi lustrami w złotych ramach, mosiężnymi kranami i mięciutkimi dywanikami. Jeżeli ta łazienka jest niewielka, to jak wygląda ta w końcu korytarza? Na licznych półeczkach stały rozmaite buteleczki z kolorowymi płynami, stały miseczki wypełnione zasuszonymi płatkami róż. Ostrożnie położyła swoją kosmetyczkę obok jednej z takich miseczek, wyjęła skromne kosmetyki, ustawiła je na wolnym miejscu, ale po chwili schowała z powrotem. Odkręciła kran w wannie, nalała do niej płynu do kąpieli o zapachu polnych kwiatów, który wczoraj dostała od Emilki i patrzyła na rosnącą pianę.

Wycierając się po kąpieli ogromnym ręcznikiem, zauważyła, że na drzwiach od wewnętrznej strony wisi mięciutki szlafrok, którym po namyśle otuliła się szczelnie i w którym po chwili zanurkowała pod niebywale miękką kołdrę, obleczoną poszwą w niebieskie kwiatuszki.

***

Leżała z otwartymi oczami i przysłuchiwała się odgłosom, które nie pozwalały jej zasnąć. Dom Pani Jadwigi stał na rogu Kampinoskiej i Sudeckiej i najwyraźniej ulica Sudecka, była całkiem ruchliwa nawet w nocy. Gdzie Ci ludzie tak jadą? Dlaczego nie śpią o tej porze? Budynek, w którym od dziecka mieszkała, położony był z dala od ruchliwych ulic. Stał przy dzikiej łące i jedynymi dźwiękami, które wieczorem wpadały przez okno, były odgłosy koncertu, urządzanego przez cykady i odgłosy ptasich pogawędek. Hałas, który teraz dochodził zza okna, był jej całkiem obcy i coraz bardziej nie do wytrzymania. 

Przewracając się z boku na bok, doszła do wniosku, że tej nocy chyba nie zaśnie. Odgarnęła kołdrę, spuściła nogi i jej bose stopy utonęły w miękkim dywanie. Takich dywanów nie widziała nawet w mieszkaniu rodziców Emilki, w którym zawsze czuła się jak w muzeum, gdzie każda wizyta odbywa się pod wszystko widzącym okiem kustosza. Tego nie dotykaj, tutaj nie siadaj, tego nie ruszaj, a do tego ten okropny zapach pasty do podłóg. Nakaz ściągania butów jeszcze na klatce schodowej i wiecznie lustrujące spojrzenie Mamy Emilki, sprawiał, że niechętnie odwiedzała koleżankę. A i Emilka wolała przychodzić do Małgosi, gdzie buty i tornister można było rzucić jakkolwiek, gdzie zawsze był gorący obiad, pachniało ciastem i nikt nie chodził za tobą ze szmatką do kurzu. Mieszkanie Emilki było niczym skansen, w którym człowiek bał się oddychać, aby nie zanieczyszczać sterylnego powietrza. Dom Pani Jadwigi, pomimo, że też przypominał jej muzeum, był inny. Był jasny i przytulny, wszędzie unosił się aromat róż i lawendy, na meblach nie było ani grama kurzu, a pomimo to, nie czuła zapachu środków czystości, których od dziecka nie znosiła. Nie znała jednak jeszcze tego domu i nie była do końca pewna, czy chce go poznać. Jeszcze wczoraj podjęła decyzję o szybkiej wyprowadzce, ale potem ta cała Pani Jadwiga przyszła do niej z tymi okropnymi sukienkami i Małgosia zobaczyła w niej zupełnie kogoś innego, niż na początku. Spojrzenie Pani Jadwigi, gdy ta, stała wczoraj obok sukienek leżących na łóżku, było tak ciepłe, jak spojrzenie jej Dziadka, gdy robił jej niespodziankę, będąc pewnym, że Em ta niespodzianka się spodoba. Tak patrzył na nią, gdy dawał jej pierwszą prawdziwą wędkę, która miała zastąpić tę zrobioną z kija. Takie miał spojrzenie, gdy trzymał w ręku słownik polsko-włoski, nie wiedząc, że dwa dni wcześniej taki sam słownik Małgosia dostała od Pani Anieli. I teraz nie była już pewna swojej wcześniejszej decyzji. Może nie będzie tu tak źle… może Dziadek tu był naprawdę szczęśliwy…. może i ona powinna spróbować…

Powoli wstała z łóżka, które wyjątkowo głośno skrzypiało i boso podeszła do otwartego okna. Przypatrując się zapalonym latarenkom, dostrzegła nagle w trawie jakiś ruch. Wytężyła wzrok i jej oczom ukazało się całkowicie rude futro z ogonem niemal tak wielkim jak lisia kita, które najwyraźniej na coś polowało. Rudzielec musiał usłyszeć ruch Małgosi, która dość mocno wychyliła się z okna, aby mu się przyjrzeć i teraz stali oboje nieruchomo, przyglądając się sobie nawzajem. Futro najwidoczniej zdenerwowane tym, że obca postać spłoszyła mu kolację, machało niezadowolone ogonem, nie przestając przypatrywać się obcemu człowiekowi, który stał, bądź, co bądź, w jego oknie. A Małgosia widząc kota, który kropla w kroplę przypominał Rudiego, jej ulubieńca wśród ośmiu, dokarmianych przez nią kotów, które teraz dożywiać miała Zosia, zaczęła się uśmiechać. I tak stali oboje: kot zły, Małgosia uśmiechnięta, dopóty, dopóki odgłos przejeżdżającego motocykla, nie spłoszył rudzielca, który błyskawicznie czmychnął w krzaki. Małgosia przez kilka minut szukała go wzrokiem, po czym zamknęła okno, postanawiając, że jednak zostanie w tym domu jeszcze chwilę.

Z tym postanowieniem wróciła do łóżka i niemal natychmiast zasnęła.

***

Jadwiga wesoło krzątała się w kuchni, nie mogąc sobie przypomnieć, kiedy czuła się tak lekko i kiedy ostatni raz wstała z łóżka z taką radością. Nie było jeszcze siódmej, a w piekarniku rumieniły się już bułeczki, w porcelanowej miseczce leżały ugotowane na twardo, obrane jaja, a ona właśnie kończyła kroić malinówki i miała zamiar zabrać się za szczypiorek, który był tak świeży i jędrny, że aż trzaskał, gdy kilka minut temu myła go w zlewie. 

Usłyszawszy jakiś hałas, odwróciła się w kierunku drzwi i zobaczyła nieśmiało zaglądającą Małgosię, która tym razem miała na sobie przyciasną koszulę w grochy i za krótkie spodnie w paski. Uśmiechając się pod nosem, zaprosiła ją ruchem ręki do środka i postawiła na stole dzbanek świeżo zaparzonej herbaty wraz z porcelanową filiżanką, jednocześnie mówiąc radośnie:
- Dzień dobry Małgorzato. Śniadanie jeszcze nie gotowe, ale jeśli chcesz, możesz już wyjść do ogrodu. Jak spałaś? Dzień zapowiada się pięknie, po śniadaniu pójdziemy na spacer do parku, pokażę Ci ulubione miejsce Dziadka. Potem pokażę Ci dom, abyś czuła się tu swobodnie, a potem możemy zająć się Twoimi nowymi sukienkami. Jeśli chcesz znaleźć w tym mieście porządną pracę, a jestem przekonana, że na tym Ci właśnie zależy, musimy doprowadzić Twoją garderobę do porządku. Tymczasem nalej sobie herbaty i wyjdź do altany. O tej porze dnia w ogrodzie jest szczególne pięknie. - Jadwiga nagle zamilkła, zdając obie sprawę, że zarzucona potokiem słów Małgosia coraz szerzej otwiera oczy i coraz bardziej ma zdziwione spojrzenie. 
- Przepraszam Małgosiu – Jadwiga mówiła już ciszej – właściwie nie zapytałam jakie masz plany, oczywiście nie musimy nigdzie iść, jeśli nie będziesz miała ochoty. Idź do ogrodu, za chwilę przyniosę śniadanie.

Małgosia posłusznie nalała sobie herbaty, w dłonie, które natychmiast zaczęły się trząść, wzięła delikatną filiżankę i patrząc uważnie pod nogi, wyszła na werandę. Powolutku, trzymając obiema rękami porcelanowe cudo, krok za krokiem szła w kierunku altany. 

Tymczasem Jadwiga ciężko westchnęła, oparła się o dębowy blat i kręcąc z dezaprobatą głową powiedziała do siebie:
- To nie tak, to wszystko nie tak. To nie jest Kazimierz, a ja nie jestem jej rodziną. Nie musi ze mną spędzać czasu, nie musi tego chcieć…. – mówiąc to, poczuła jak dobry nastrój i jakaś wewnętrzna swoboda, której nie czuła od wielu lat, powoli ją opuszcza, a w to miejsce wkrada się dobrze znana jej sztywność. I gdy po chwili schodziła do ogrodu z tacą chrupiących, jeszcze gorących bułeczek, była znów tą samą dystyngowaną Jadwigą, która wyprostowana jak struna, roztaczała wokół siebie aurę surowości.

***

Małgosia, której udało się szczęśliwie dotrzeć do altany, nie tłukąc po drodze delikatnej filiżanki, siedziała  na krześle i ze zdziwieniem przyglądała się porcelanowej miseczce w drobne motylki, która stała na stoliku i w której były resztki mleka. Domyślając się, że to poczęstunek dla rudzielca, którego wczoraj widziała z okna, zaczęła rozglądać się za kocim futrem. Zauważając nagle Panią Jadwigę, która szła w jej kierunku z tacą po brzegi wypełnioną naczyniami, wstała szybko z krzesła i ruszyła jej na pomoc. Pani Jadwiga grzecznie za pomoc podziękowała, zapraszając ją ruchem głowy z powrotem do stołu i sama rozstawiała talerzyki z bułeczkami, z idealnie równymi plasterkami pomidorów, miseczkę z jajkami posypanymi szczypiorkiem, maselniczkę, sztućce, solniczkę, mlecznik i filiżankę dla siebie, a pustą tacę, odłożyła obok na krzesło.
- Smacznego – powiedziała.
- Smacznego, dziękuję – odpowiedziała Małgosia.
- Nie jest to szczególnie wykwintne śniadanie, ale nie zdążyłam wczoraj zrobić zakupów. Ja z reguły jadam niewiele, więc w lodówce były tylko jajka. Na szczęście znalazłam na krzaku kilka pomidorów, a szczypiorku w warzywniku nigdy nie brakuje. Jedz śmiało. Zostało jeszcze kilka bułek, a pomidorów mogę  zawsze dokroić.
- Nie zauważyłam w ogrodzie warzywnika – odparła Małgosia, obficie smarując chrupiącą bułeczkę masłem.
- Jest po prawej stronie, za tym drewnianym płotem, stąd go nie widać. Zrobił go Twój Dziadek i właściwie jest to po prostu kilka grządek, ale na nasze potrzeby zawsze wystarczało. W tym roku posadziłam tylko kilka krzaków pomidorów, ale powinno i nam wystarczyć. Oprócz tego rzodkiewka, marchew, pietruszka, czosnek, kilka papryk, koperek i zioła. 

Małgosia, której trudno było sobie wyobrazić Panią Jadwigę, jak ta z motyką lub łopatą zajmuje się ogródkiem w jednej ze swoich sukni, przyglądała się ciekawie gospodyni, wsuwajac już drugą kanapkę. Musiała przy tym przyznać, że bułki są wyjątkowo pyszne.
- Pyszne – podzieliła się tym spostrzeżeniem z Panią Jadwigą, ale nie zdążyła dodać nic więcej, bowiem na jadwigowe kolana wskoczył nagle rudzielec i patrząc z zaciekawieniem na Małgosię, zaczął udeptywać elegancką, tym razem brązową, suknię Jadwigi. 

- Małgosiu przedstawiam Ci Saszę. Saszo to jest Małgosia – dokonała prezentacji Jadwiga i z uśmiechem na ustach oraz z czułością, jakiej do tej pory Małgosia u niej nie widziała, odsunęła swój talerz i przysunęła miseczkę w motylki, dolewając do niej mleka ze srebrnego mlecznika. – Sasza ma 9 lat. Kiedy go znalazłam w parku był małym, rudym chudzielcem, a teraz to całe 10 kilo kota. Czas przejść na dietę Saszka – mówiąc to, dolała mu jeszcze kapkę mleczka i całując rudą główkę kota, spojrzała nagle z przestrachem na Małgosię, pytając:
- Nie jesteś uczulona na koty?
- Nie – Małgosia po raz pierwszy uśmiechnęła się do tej dziwnej kobiety, która zaskakiwała ją coraz bardziej. Suknie z epoki rewolucji przemysłowej, dom pełen antyków, warzywnik, który wymaga przecież tego, aby pracujący w nim człowiek, jednak nieco się ubrudził i rudzielec, który wylizuje mleko z eleganckiej porcelany, którą Małgosia bała się wziąć do rąk, aby nie potłuc.

Reszta śniadania upłynęła im w milczeniu. Jadły powoli, popijały herbatę i ukradkiem się sobie przyglądały. Kot spał, leżąc zwinięty w kłębek na eleganckiej tacy, a one słuchały śpiewu ptaków, nie zdając sobie sprawy z tego, jak bardzo są do siebie podobne. Młoda dziewczyna i starsza kobieta. Dziewczyna z głową pełną marzeń, która wierzyła, że świat stoi przed nią otworem i kobieta, która jeszcze dwa dni temu, była przekonana, że to, co dobre w jej życiu miało się zdarzyć, już się zdarzyło, a jej pozostało czekać na chwilę, kiedy przyjdzie po nią jej ukochany Kazimierz i zabierze do innego i jak miała nadzieję, lepszego świata. Małgosia, którą rozpierała energia i chęć do działania i która najchętniej biegłaby już w poszukiwaniu pracy, która przybliży ją do wielkiego świata i Jadwiga, której wewnętrzna sztywność i narzucona dyscyplina nie pozwalały poddawać się nagłym emocjom i która odstąpiła od tej, wpojonej przez rodzicielkę, zasady, dopiero wówczas gdy poznała Kazimierza. Ale Kazimierz odszedł, a wraz z nim radość, swoboda i spontaniczność, której uczyła się przy jego boku. Mało czasu dała im opatrzność, ale ten czas, był najwspanialszym okresem w życiu Jadwigi. To był czas, w którym uczyła się siebie na nowo, w którym sztywne, koronkowe kołnierzyki leżały nieużywane na dnie jej panieńskiej komody, a suknie, które od zawsze nosiła, leżały zasypane kulkami na mole w skrzyni, która niegdyś została wyszykowana, przez jej matkę, na jadwigowy posag. To był okres, w którym jej naukowe plany poszły w zapomnienie, podczas gdy współpracownicy z instytutu, nie mogli się nadziwić, jak Jadwiga mogła zrezygnować z tak dobrze zapowiadającej się kariery i zrezygnować ze stanowiska Dziekana Wydziału Nauk Społecznych. A Jadwiga mogła, bo gdy poznała Kazimierza, z całą mocą dotarło do niej to, co tak naprawdę w życiu się liczy, co jest dla niej ważne. Nie kariera, nie kolejne stopnie naukowe, nie kolejne, napisane przez nią książki… nie pieniądze, których zresztą nigdy jej nie brakowało, rodzice zostawili jej bowiem w spadku sporo oszczędności. Mieć do kogo się uśmiechnąć po przebudzeniu i mieć do kogo przytulić się przed zaśnięciem. Celebracja wspólnie spędzanego czasu, wspólne posiłki, proste kanapki z pomidorem i cebulą jedzone w zaciszu ogrodowej altany, a nie sztywna konsumpcja udziwnionych potraw, ustawionych na tak zwanym szwedzkim stole na kolejnej, którejś tam konferencji. Poznawać świat oczami ukochanego, a nie przez pryzmat szkiełka laboratoryjnego. Dziękując opatrzności, że było jej dane tego wszystkiego doświadczyć, miała jednocześnie ogromne pretensje do losu, że ten czas był tak krótki, tak niesprawiedliwie krótki. Nie mogła się z tym pogodzić. Po śmierci Kazimierza zamknęła się w sobie ponownie i zupełnie przestała uśmiechać. Wrócił ten dystans do świata, ten krochmal, który przejęła od matki, a który utrzymywał sztywność jej ducha lepiej niż niejeden kij, który w dzieciństwie mama umieszczała jej na plecach pomiędzy ramionami na wysokości łopatek i z którym kazała chodzić dopóty, dopóki w oczach Jadwigi nie pojawiały się łzy zmęczenia.

Małgosia i Jadwiga. Jadwiga i Małgosia. Dwie kobiety, które niespodziewanie zetknął los i które jeszcze nie zdawały sobie sprawy z tego, jak bardzo staną się dla siebie ważne.

 c.d.n.


Wieża Ciśnień przy ulicy Sudeckiej we Wrocławiu

Dziękuję Wam ślicznie za komentarze i dobre słowa pod ostatnim postem :)
Dobrego wieczoru,
Magda :) 

źródło zdjęcia Wieży Ciśnień - Panoramio.com

10 komentarzy:

  1. Moja Droga, to jest naprawdę niezwykle ciekawe, tyle tam mądrych spostrzeżeń życiowych, jest tajemnica, jest też mowa o spełnianiu marzeń, to naprawdę robi się coraz bardziej ciekawe...ja myślę, że z tego będzie naprawdę fantastyczna powieść, może książka:))) Czekam na dalsze, jestem Twoją wierną czytelniczką:)))
    Pozdrawiam Cię serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo Ci dziękuję Agatko za piękną recenzję :))))))))) dziękuję :*****

      Usuń
  2. Pani Jadwiga już mnie "kupiła"swoją miłością i sercem do kotów :))

    OdpowiedzUsuń
  3. wspaniale :)))
    dziękuję za kolejny odcinek :D
    zgadzam się Agatą, nie tylko fajnie się czyta, ale człowiek mądrzejszy się staje... takie życiowe, ważne sprawy :)
    buziaki Magda :)))))))))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci Karolka :)))))))))))))))))))))))))) buziaki ogromne :******

      Usuń
  4. Ależ idzie Ci to pisanie! Ty pomyśl o szerszym wydaniu

    OdpowiedzUsuń
  5. Jesteś Mistrzynią pisania :))))))))) stęskniona wróciłam i zaczytałam się ponownie:)))))) 4 i 5 bo musiałam nadrobić zaległości :))) uwielbiam Twój styl, wszystko dosłownie chłonę jak jakaś gąbka:)))) i jeszcze raz będę głośno i ciągle powtarzać to trzeba będzie WYDAĆ :)))))))))

    Madziu tule i całuje i czekam na kolejna porcję :))))))) i cieszę się że juz wróciłam :)))) choć było cudnie to tęskniłam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Madziu za wszystkie piękne słowa :********** teraz ja mam zaległości i na ulubionych blogach i na swoim. Czas przyszedł nadrobić :))) Dobrego piątku!

      Usuń

Za każdy pozostawiony ślad pięknie dziękujemy :) Blog żyje dzięki Waszym komentarzom :)