sobota, 12 lipca 2014

Po prostu Em. - odcinek 4

Zapraszam na kolejny odcinek o Em :) Wcześniejsze znajdziecie tutaj







***

Kładąc klucze na drewnianej tacy, którą zrobił dla niej kiedyś Kazimierz, a która od wielu lat stała w tym samym miejscu na dębowej komodzie w holu, odetchnęła z ulgą. Zdążyła. Uwielbiała, gdy studenci zadawali jej po wykładzie pytania, było to bowiem dowodem, że temat ich interesuje, ale dzisiejsze pytania jej ulubionej studentki nieco ją irytowały, co jej się nigdy wcześniej nie zdarzyło. Dzisiaj wyjątkowo się spieszyła i gdy tylko skończyła ostatnie zdanie, zaczęła szybko zbierać papiery, dając studentom niejako znak, że wykład skończony. Niestety, jak co tydzień, Marcelina Podleśna miała masę pytań. Jadwiga odpowiadała na każde z nich z rosnącym zniecierpliwieniem, mając nadzieję, że kolejne już nie padnie. Marcelina nie dawała jednak za wygraną, więc Jadwiga w końcu rzuciła krótko, że na resztę odpowie za tydzień i szybko wybiegła z sali wykładowej. To też zdarzyło jej się po raz pierwszy, kątem oka zauważyła nawet zdziwione spojrzenia studentów, gdy podkasując szarą suknię, dynamicznie zeskoczyła z katedry i biegiem ruszyła w stronę drzwi. 

Pociąg, którym jechała wnuczka Kazimierza, już dawno dotarł do Wrocławia i Jadwiga chciała jak najszybciej dostać się do domu, aby złapać oddech i trochę ochłonąć przed jej przyjściem. A z placu Nankiera, gdzie mieścił się Wydział Polonistyki Uniwersytetu Wrocławskiego, na Kampinoską, gdzie mieszkała, był kawałek drogi i nawet samochodem jechało się dość długo. Zwłaszcza, gdy za kierownicą siedział ktoś taki jak ona: niedzielny kierowca, któremu lepiej wychodziły zakręty w lewo i który nieźle się musiał nakombinować, aby tak wybrać drogę do domu, żeby tych w prawo, było jak najmniej. Położenie budynku polonistyki blisko wrocławskiego Rynku, wokół którego były niemal same ulice jednokierunkowe, drogi powrotnej nie ułatwiało.

Gdy wczoraj odebrała telefon od Marii, którą widziała tylko raz w życiu i to na pogrzebie Kazimierza i z którą nie zamieniła do tej pory ani jednego słowa, zamurowało ją w jednej chwili. Kiedy usłyszała w jakiej sprawie do niej dzwoni, chciała absolutnie i kategorycznie odmówić. Czy ta kobieta sobie wyobraża, że będzie niańczyć jej wnuczkę? Ze zdziwieniem jednak usłyszała, jak mówi, że się zgadza. Zgodziła się na tę dziwną prośbę, jakby to było coś oczywistego i naturalnego i jakby na ten telefon czekała od dawna.

Stała teraz w kuchni, zastanawiając się, czy powinna się przebrać, czy powinna przygotować jakąś kolację i jak ta cała Em wygląda. Zerknęła na zegar z kukułką, który od lat wisiał nad kuchennym stołem i doszła do wniosku, że na przebranie się, nie ma już czasu. Wyjęła zatem chleb, masło, umyła pomidory, obrała cebulę i zaczęła przygotowywać kanapki, które lubił Kazimierz, więc jest szansa, że lubi je również Em.

Gdy usłyszała głośny śmiech, dochodzący najwyraźniej od strony ulicy, odłożyła nóż na drewnianą deskę i szybkim krokiem ruszyła do holu. Będąc już przy samych drzwiach, zaczęła skradać się na palcach, jakby ktoś, kto najprawdopodobniej stał przed jej domem, mógł usłyszeć jej kroki. Odgarniając delikatnie firankę w wąskim i zakratowanym okienku drzwi, zobaczyła wysoką dziewczynę i chłopaka, który w tej właśnie chwili odwrócił się i zaczął biec. Czy ona już go gdzieś widziała? I czy ta postać z burzą blond włosów, w dziwnym ubraniu, mogła być wnuczką Kazimierza? W jednej chwili pożałowała swojej wczorajszej decyzji. Przez moment zastanawiała się nawet, czy nie udać, że nie ma jej w domu. Zawsze jednak dotrzymywała danego słowa i chociaż nie wiem, jak by nie chciała, musiała nacisnąć przycisk domofonu, gdy usłyszała dźwięk dzwonka. Zauważając, że dziewczyna szarpie za klamkę furtki, nie mogąc wejść, otworzyła drzwi i krzycząc:
- Do przodu! Pchnij do przodu! – wyprostowała się jak struna, ze zdziwieniem obserwując tę dziwną postać, która szła teraz jej chodnikiem w kierunku schodów. Krzyknęła chyba trochę za ostro, ale była naprawdę zdenerwowana. Nie spodziewała się, aż takich emocji. Najchętniej zatrzasnęłaby drzwi, wróciła do kuchni i zaparzyła rumianku na uspokojenie. Ponieważ dziewczynie najwyraźniej się nie spieszyło, pogoniła ją jeszcze bardziej ostrym tonem i zakłopotana wycofała się do wnętrza domu.

- Jadwiga Zarzeczna – powiedziała, podając dłoń potarganej postaci, z niesmakiem zauważając czerwone paskudztwo na skądinąd pięknej i delikatnej dłoni dziewczyny, która stała teraz przed nią i była czerwona jak burak.
- Margaret – wykrztusiła czerwona postać, usiłująca za wszelką cenę ukryć drugą dłoń z ułamanym paznokciem.
- Jak? – Jadwiga przez chwilę pomyślała, że to może szczęśliwie jakaś pomyłka i ta dziewczyna trafiła po prostu pod zły adres, a zaraz zadzwoni prawdziwa Em, która nie będzie straszyć swoim wyglądem.
- Małgosia – szepnęła zakłopotana Em, rozglądając się po eleganckim holu, najwyraźniej szukając miejsca, w którym może postawić trochę przybrudzoną już torbę i ściągnąć czerwone szpilki, które jeszcze wczoraj tak jej się podobały, a które teraz wydały jej się tandetne.
- Torbę możesz postawić tutaj, buty schowaj do szafki pod lustrem, przygotowałam Ci miejsce – Jadwiga patrząc ze zgrozą na posklejane obuwie, wskazała Małgosi drewnianą szafkę, stojącą pod lustrem w złotej ramie i kręcąc z dezaprobatą głową, ruszyła w stronę kuchni – Zapraszam na rumianek, umyj ręce, łazienka jest po prawej stronie. Na haczyku wisi świeży ręcznik. Czekam w kuchni.

Po 15 minutach, stojąc przy kuchennym blacie, przyglądała się ukradkiem Małgosi, gdy ta, siedząc za stołem, trzymała w dłoniach kubek Kazimierza ze świeżo zaparzonymi ziołami i nieśmiało rozglądała się po pomieszczeniu. Po chwili usiadła naprzeciwko niej ze swoim rumiankiem i zamarła. Nie mogła oderwać wzroku od tych oczu… wielkich… błękitnych… w których zakochała się wiele lat temu. Myślała, że już ich nigdy nie zobaczy i nie wie, czy by nie wolała, aby tak zostało, ponieważ teraz w jednej sekundzie wróciły wspomnienia… i zamiast Małgosi, siedziała w kuchni znów z Kazimierzem….. ze swoim Kazimierzem….

***
Gdy po raz pierwszy zobaczyła tego wysokiego mężczyznę, wiedziała, że przepadła na amen, że te oczy i ten olśniewający uśmiech, nie pozwolą jej już nigdy zaznać spokoju. Ale ona, panienka z dobrego domu, co prawda już bardziej stara panna, niż faktycznie panienka, nie mogła okazywać swoich uczuć i emocji, a już na pewno nie ogrodnikowi. Nie reagowała zatem na coraz śmielsze spojrzenia, które ogrodnik, przycinając zaniedbane róże, rzucał w jej kierunku. Czerwieniła się ze wstydu za każdym razem, gdy ten zauważył, jak Jadwiga ukradkiem obserwuje go zza firanki. Ale gdy już wszystkie róże były przycięte, żywopłot wyrównany, a trawnik wypielęgnowany, kiedy nie było już ani jednego chwastu do wyrwania, z niepokojem myślała, co będzie, gdy go już nigdy nie zobaczy. Nie umiała odnaleźć się w tej sytuacji, nigdy bowiem nie interesowała się mężczyznami. To nauce zaprzedała swoją duszę i to książki najbardziej ją zawsze pociągały. A teraz zjawił się on ze swoim błękitnym spojrzeniem, z tym bezczelnym uśmiechem, nieprzyzwoitą opalenizną i bez wstydu demonstrował przed nią swoje ciało, prężąc muskuły przy koszeniu trawy. Odkąd się pojawił, jeszcze wyżej zapinała guziki bluzek i jeszcze dłuższe nosiła spódnice. Ze zgrozą jednak obserwowała, że coraz więcej czasu spędza przy toaletce. To misternie układała kok, to nakładała puder i róż na policzki, to zmywała tę maskaradę, aby po chwili znów ją nałożyć. Dom, w którym po śmierci rodziców mieszkała sama, nagle wydał jej się olbrzymi i pusty… zdecydowanie za pusty…. Nie słyszała jednak o tym ogrodniku nic dobrego, ot, wolny ptak, podróżujący po kraju, który niczym marynarz, w każdym mieście ma swoją dziewczynę. Sąsiadka, która poleciła jej Kazimierza, kiedy Jadwiga szukała kogoś do uporządkowania zaniedbanego ogrodu, ostrzegała ją, by nie nabrała się na piękny uśmiech i niewinne oczy, bo to zło wcielone po prostu. Ale, że zło, to dodała, gdy z niepokojem zauważyła, że Kazimierz, co do którego miała swoje plany, coraz więcej czasu poświęca ogrodowi Jadwigi, a coraz mniej jej trawnikom i kwiatom. Dlatego niemal za każdym razem, gdy Kazimierz przychodził do pracy w jadwigowym ogrodzie, wpadała do coraz bardziej nielubianej przez siebie sąsiadki chociaż na chwilę: a to pożyczyć cukru, a to zaproponować wspólny spacer, a to spytać, czy był u Jadwigi listonosz, bo ona od dawna go nie widziała. Z rosnącą frustracją obserwowała jak Jadwiga pięknieje, jak uśmiecha się w sposób,  którego dotąd nie widziała, jak mizdrzy się do tego ogrodnika, obserwując go zza firanki. Gdy pewnej nocy, ze swojego okna zobaczyła, jak Jadwiga chodzi niczym pijana po ogrodzie, przytulając się do krzewów i jabłonek, a guziki swojej sukni ma nieprzyzwoicie odpięte, zrozumiała, że już nigdy nie odezwie się do tej podstępnej kobiety, która odebrała jej pierwszą i pewnie ostatnią okazję na zamążpójście.

A Jadwiga tej nocy w ogrodzie tańczyła. Tańczyła przy świetle księżyca jak mała dziewczynka, bo tego popołudnia Kazimierz, który miał odebrać swoje wynagrodzenie, który miał raz na zawsze zniknąć z jej życia, stanął w progu jej domu z małą, tekturową walizką, bez słowa wszedł do środka, poszedł do kuchni i zaparzył herbatę. Po prostu zaparzył herbatę. Długo potem siedzieli razem w kuchni. Siedzieli i rozmawiali. Opowiedział jej o swoim życiu, o tym, jak od wielu lat szuka swego miejsca na ziemi, nawet o tym, że ma żonę, wnuczki i kudłatego psa, których od dawna nie widział. Nic Jadwidze nie przeszkadzało. Zatopiła się w tych oczach i całkowicie odpłynęła. A gdy Kazimierz położył się w pokoju gościnnym, wyszła do ogrodu, dziękując różom i krzewom, bo to dzięki nim, Kazimierz pojawił się w jej życiu. Nie umiała sobie radzić z emocjami i zawsze, gdy czuła, że te dobre niemal się z niej wylewają, tańczyła. Nigdy jednak w ogrodzie i nigdy w świetle księżyca, ale tej nocy nie umiała inaczej.

A teraz siedziała w kuchni, patrzyła na jego wnuczkę i poczuła, jak zalewa ją fala ciepłych uczuć do tej dziewczyny z potarganymi włosami, w tandetnej koszulce i z połamanym paznokciem. Poczuła, że chce, że musi otoczyć ją opieką, aby nigdy w życiu nie przytrafiło jej się nic złego. I że te oczy musi jak najdłużej zatrzymać u siebie. Zauważywszy, że Małgosia zaczyna się wiercić, zawstydziła się nieco swojej nachalnej obserwacji i poczuła, że musi tę całą Em, która najwyraźniej woli być Margaret, przeprosić i wyjaśnić powody swojego zachowania. Poszła zatem po swoje ulubione zdjęcie, a gdy położyła je na stole, zauważyła, że Małgosia dziwnie mu się przygląda, jakby swojego Dziadka widziała po raz pierwszy w życiu. Nie zastanawiając się jednak nad tym dłużej, postanowiła pokazać Małgosi jej pokój.

***
Małgosia idąc posłusznie za dziwną Panią Jadwigą, która od początku wydała jej się żywcem przeniesiona ze świata Montgomery, w której zaczytywała się w dzieciństwie, z zaciekawieniem przyglądała się ścianom. Było na nich tak dużo zdjęć, że pożółkła tapeta w róże, była niemal niewidoczna. Dziadek na żaglówce, Dziadek w ogrodzie, Dziadek na górskim szlaku…. Wszędzie uśmiechnięty, zadowolony  z życia, jakby nigdy nic smutnego mu się nie przydarzyło i jakby nie miał rodziny, którą porzucił. Jakby nie brakowało mu Em, którą zostawił, a która zawsze tak bardzo za nim tęskniła. Czując złość, odwróciła gwałtownie głowę od zdjęć. Nie będzie na nie patrzeć, nie będzie ich oglądać. Przenocuje w tym wielkim domu i jutro poszuka sobie nowego miejsca. 

- To jest Twój pokój, niewielki, ale słoneczny, pościel świeżo przebrana, tu jest komoda, szafa, a za tymi drzwiami łazienka. Co prawda nie jest duża i spłuczka czasem szwankuje, ale śmiało możesz z niej korzystać. W razie potrzeby, na końcu korytarza jest druga, nieco większa. Tam wszystko działa bez zarzutu. – usłyszała głos Pani Jadwigi.

Rozglądając się po tym „niewielkim” pokoju, przyglądając delikatnym firankom, błyszczącym meblom, patrzyła na ogromne łóżko i poczuła ogromną tęsknotę za swoim małym pokoikiem, który zostawiła u Babci Marysi i do którego już pewnie nigdy nie wróci.

- Rozpakuj torbę, przebierz się do kolacji i zejdź na dół. Zjemy w ogrodzie. – powiedziawszy to, Pani Jadwiga wyszła z pokoju i Małgosia została sama w tym wielkim i przytłaczającym ją pomieszczeniu.

Podeszła do okna, delikatnie odgarnęła cieniutkie firanki i jej oczom ukazał się piękny ogród, który podobnie, jak ten z przodu domu, był strasznie zaniedbany. W wysokiej trawie ginęła ledwo widoczna ścieżka z płyt chodnikowych, przy której stały srebrne, pordzewiałe latarenki i która prowadziła do drewnianej altany. Zauważyła w niej stół nakryty obrusem w różyczki, na którym stały porcelanowe talerze i eleganckie filiżanki, a które zupełnie nie pasowały do sypiącej się altany, z której farba odchodziła całymi płatami. Otworzyła okno i usłyszała śpiew ptaków, które ćwierkały jak te, których słuchała nad swoją rzeką. Przez chwilę jeszcze patrzyła, jak urzeczona, na pnące się po altanie róże, na chwasty, które wzięły całkowicie w posiadanie, zapewne piękny kiedyś trawnik, po czym podeszła do torby, wyjęła swoje rzeczy i otworzyła szafę. Wieszając dwie sukienki na wieszakach, obszytych tkaniną w kwiaty i pachnących lawendą, poczuła jak bardzo te sukienki są liche, a przecież dopiero co, tak bardzo jej się podobały, gdy w zeszłym tygodniu kupowała je na niedzielnym targu w swojej miejscowości. Układając koszulki na półce, na której leżały pachnące woreczki, nie mogła się oprzeć wrażeniu, że jej ubrania całkowicie tu nie pasują. Dwie sukienki, cztery koszulki, dwa swetry, które poprzedniej zimy, zrobiła jej na drutach Babcia Marysia, jedna koszula w grochy z długim rękawem i spodnie w paski, które dostała wraz z czerwonymi szpilkami od Emilki oraz różowy płaszczyk, który podarowała jej wczoraj Pani Aniela. Nie licząc jeszcze różowej apaszki i tego, co miała na sobie, to był jej cały dobytek, który ginął teraz w czeluściach wielkiej szafy. Z westchnieniem zamknęła skrzypiące, ciężkie drzwi. Wyjęła z torby kosmetyczkę, swój bardzo ważny brulion i kopertę, której na pewno tam nie wkładała. Koperta była cienka i Małgosia przypomniała sobie, że widziała ją wczoraj w rękach Zosi. Usiadła na łóżku, które niebezpiecznie zaskrzypiało, więc błyskawicznie przesiadła się na kraciasty, wielki fotel, wyglądający jak ten, które do tej pory oglądała tylko w angielskich filmach. Powoli zaczęła wysuwać z koperty kartkę. Kartka okazała się zdjęciem, na którym obie z Zosią siedziały na dziadkowych kolanach, przy których siedział też Felek. Za Dziadkiem stała Babcia z charakterystyczną dla siebie miną, którą Em widziała miliony razy, a która mówiła: No już, skończcie wreszcie ten cyrk. 

Em pamięta kiedy zrobiono to zdjęcie. Była sobota i Dziadek zaprosił je na lody. Babcia nie chciała iść, bo obiecała Pani Anieli 120 pierogów z grzybami, po które wieczorem miała przyjechać jej córka z samego Wrocławia. Zosia miała zostać i pomagać. Jak Dziadek chce, to niech idzie z Em, bo i tak nie ma z nich pożytku. Dziadek jednak nie poddał się tak łatwo, podszedł do Babci, odwiązał jej fartuch, pocałował w zmarszczone czoło i po chwili, razem z Felkiem, maszerowali już w czwórkę do lodziarni. Po drodze mijali zakład fotograficzny i Dziadek ze śmiechem wciągnął je do środka, zamawiając rodzinne zdjęcie. Fotograf długo przekonywał Babcię, że co, jak co, ale do rodzinnego zdjęcia trzeba się uśmiechnąć. W końcu zrezygnowany machnął ręką i zapowiedział, że odbiór zdjęcia za tydzień. Babcia już do końca dnia była zła. Nie odzywała się do Dziadka, a po powrocie ze spaceru, do lepienia pierogów zagoniła także Em. To był zresztą pierwszy i ostatni raz, kiedy Małgosia pomagała Babci w gotowaniu. Ten krzywy, tu za mało farszu i co to za dziwny sposób sklejania, a te wszystkie pierogi, które się rozpadły po ugotowaniu, na pewno należały do Em. Zmarnowane ciasto i farsz. I co teraz Babcia powie Pani Anieli.

Wpatrując się w zdjęcie, usłyszała wołającą ją z dołu Panią Jadwigę, zatem nie zaglądając już do łazienki, zeszła do kuchni. Pani Jadwiga, tym razem w granatowej sukni, wręczyła jej całą furę kanapek z pomidorami i cebulą, a sama trzymając porcelanowy dzbanek z herbatą, zarządziła wyjście do altany. Dziwnie się czuła Małgosia, jedząc ulubione, jakże proste kanapki, na wykwintnej porcelanie, która była wyjątkowo piękna i której bała się dotykać, żeby nie potłuc. Miała takie dziwne skłonności, że większość naczyń leciała jej po prostu z rąk. Zawsze wytykała jej to Babcia i gdy niedzielny obiad, zamiast w kuchni, jedli w pokoju na świątecznej zastawie, miała absolutny zakaz pomagania w noszeniu posiłków, bo trzymając w rękach niecodzienne talerze, dostawała dziwnego dygotu i zawsze coś albo stłukła albo rozlała, to na dywan, to na obrus i nawet na swoją niedzielną sukienkę. 

***
- Dlaczego się nie przebrałaś? Zapewne zakurzyłaś się nieco w drodze, a spożywanie posiłku w ubraniu, w którym chodziło się po ulicach, jest wysoce niehigieniczne – wypowiedziawszy to, Jadwiga miała wrażenie, jakby usłyszała swoją mamę i już żałowała, że nie zdążyła ugryźć się w język. Czy ona nie umie normalnie rozmawiać z młodym człowiekiem? Odchrząknęła z zakłopotaniem i dodała – Chodziło mi o to, że pewnie lepiej byś się poczuła, zdejmując to zabrudzone ubranie, które zresztą wygląda tak, jakbyś go wcale nie miała – no jeszcze lepiej! Może ja się w ogóle przestanę odzywać, pomyślała jeszcze bardziej zakłopotana Jadwiga i całkowicie ucichła. Nie odzywając się więcej, z zaciekawieniem obserwowała, jak ta szczupła dziewczyna pochłania w zastraszającym tempie górę kanapek. 

Ponieważ Małgosia również nic nie mówiła, reszta kolacji upłynęła im w milczeniu. Gdy ostatnia kanapka zniknęła z talerza, zaniosły puste talerze, filiżanki i dzbanek do kuchni. Małgosia z duszą na ramieniu pomagała Jadwidze w myciu tych kilku naczyń, po czym z wyrazem zadowolenia na twarzy, że udało jej się żadnego nie stłuc, udała się na górę do swojego pokoju. Jadwiga została sama, zastanawiając się nad tym, czy kiedykolwiek w życiu złapała jakiś dobry kontakt z młodym człowiekiem i nad tym, co przez te wszystkie lata myśleli o niej jej studenci. Nigdy wcześniej nie zaprzątała sobie tym głowy. Jej obowiązkiem było przekazać młodym ludziom całą swoją wiedzę, rozbudzić w nich pasję do najwspanialszej z nauk, jaką jest socjologia, wyposażyć ich w naukowe narzędzia, z którymi po skończonych studiach mieli ruszyć w świat. Kiedyś marzyła nawet o tym, że pod jej okiem wyrasta geniusz, który zrewolucjonizuje świat socjologii, który ukuje jakąś niesłychaną teorię….  ale studenci nie zawsze chcieli się uczyć, a może to ona nie umiała przekazać im swojej pasji i nigdy żadnego geniusza nie wychowała. Jak ma rozmawiać z Małgosią, jak ma złapać z nią dobry kontakt, bo tego, że na tym jej zależało, była absolutnie pewna od chwili, kiedy przyjrzała się jej oczom. W wyobraźni widziała, jak wieczorami dyskutują całymi godzinami, jak jednocześnie czytają tę samą książkę, aby skonfrontować później swoje opinie na jej temat, jak piją poranną kawę w altanie, wsłuchując się w świergot ptaków, w delikatny szum liści…. Jak chodzą na sobotnie i niedzielne spacery do pobliskiego parku… czyli robią te wszystkie rzeczy, które niegdyś ona robiła z Kazimierzem. Ale czy to w ogóle będzie możliwe? Co w tej dziewczynie siedzi? Dlaczego wygląda jak plastikowa lala? I czy ten wygląd idzie w parze z osobowością, czy jest wynikiem jakichś nieodpowiednich wpływów? Bo dlaczego ona nie przebrała się do kolacji…. ? Nagle Jadwigę olśniło, pokręciła głową, uśmiechnęła się pod nosem i ruszyła do swojej garderoby. Po chwili pukała już do drzwi pokoju, który oddała we władanie tej młodej dziewczynie.

***

Małgosia patrzyła osłupiała na Panią Jadwigę, która stała w progu i której prawie nie było widać zza fury sukienek, wiszących na jej ręku wraz z wieszakami. Mimowolnie odsunęła się na bok i obserwowała, jak Pani Jadwiga z zadowoleniem na twarzy, kładzie po kolei te staromodne dziwolągi na łóżku, po czym staje obok niego i z wyraźnym zadowoleniem w głosie mówi:
- Proszę, możesz zrobić z nimi co tylko zechcesz. Ja ich już nie potrzebuję, mam zresztą masę takich sukienek, a te Tobie przydadzą się bardziej. W pokoju obok znajdziesz maszynę do szycia, możesz je trochę zwęzić. Wzrost mamy mniej więcej ten sam, więc na długość powinny być dobre.

Małgosia nie będąc pewna, czy nie powinna się czasem poczuć urażona i najzwyczajniej w świecie obrazić, wybąkała cicho podziękowanie, na wszelki wypadek rezygnując z obrażania i stała, patrząc jak urzeczona na górę długich sukien z grubych, ciemnych materiałów, z guzikami pod samą szyję i z koronkowymi wstawkami przy kołnierzyku.

***
do odcinka 5: tutaj


Instytut Filologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego na placu Nankiera 15 - źródło zdjęcia

Dziękuję Wam za wszystkie dotychczasowe komentarze, za ciepłe słowa, których naprawdę się nie spodziewałam, a które niesamowicie uskrzydlają :)
i pozdrawiam serdecznie,
Magda

16 komentarzy:

  1. no nie :) urzekła mnie Pani Jadwiga po prostu :) historia robi się coraz ciekawsza :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :)))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))) dziękuję!

      Usuń
  2. poryczałam się jak bóbr :)))))))))))))))))))))))))
    historia nabiera rumieńców, a ja czekam na więcej!
    buziaki Madziu, jesteś Wielka! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :))) dziękuję Karolka... Twoje słowa uskrzydlają :)))) buziaki

      Usuń
  3. Pisz kochana,jest super-czytam jednym tchem.Pozdrawiam.Irena.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo Ci Ireno dziękuje :)))) To dla mnie bardzo ważne słowa :) pozdrawiam cieplutko :)))

      Usuń
  4. Ach, wielowatkowo.....to zmusza czytelnika do pracy, nie bedzie podane na tacy....a mowilas, ze nie masz warsztatu I takie tam....kokietka z Ciebie:-) zapowiada sie baaaardzo ciekawie!!! buziaki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Madziu.. dziękuję, że czytasz i za komentarz :)))))) bardzo :) buziaki posyłam :**********

      Usuń
  5. Wciągam się coraz bardziej w Twoją opowieść:)) Fotograficzne akcenty wrocławskie na końcu to też super pomysł, przy okazji czytelnicy mogą poznać piękno tego miasta.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się Ewuś, że historia Cię wciąga :) pomyślałam sobie, że warto pokazać chociaż odrobinę tego naszego pięknego Wrocławia przy okazji :) serdeczności :)))))

      Usuń
  6. niecierpliwie czekam na kolejną część,dawno nic mnie tak nie wciągnęło jak Twoja powieść :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skrzydła rosną :))))) Dziękuję :)))) i serdecznie pozdrawiam :)

      Usuń
  7. NO proszę co ja widzę !!!!! pierwsze koty poszły za płoty !!!! Tak trzymaj ...szkoda tylko ,że dopiero chyba we wrześniu będę mogła spokojnie poczytać ...tymczasem buziaka zostawiam i życzę nieustającej weny twórczej !!!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agula, dziękuję Ci serdecznie :)))) czasem warto odpocząć od komputera więc odpoczywaj, relaksuj się i słoneczka zażywaj :))))) buziaki gorące!

      Usuń
  8. Moja Droga, jak najbardziej zasługujesz na same pozytywne komentarze, bo Twoja powieść jest naprawdę niezwykle ciekawa i wciągająca, ja już jestem ciekawa dalszej części i cieszę się, że za chwilę ją przeczytam...:)))

    P.S. Dziękuję Ci niezmiernie za umieszczenie mojego baneru u siebie

    OdpowiedzUsuń

Za każdy pozostawiony ślad pięknie dziękujemy :) Blog żyje dzięki Waszym komentarzom :)