piątek, 4 lipca 2014

Spełniając marzenia.... Nowy Cykl - Po prostu Em.

Spełniając marzenia..... jedno ze swoich marzeń zaczęłam realizować kilka miesięcy temu: sklep. Ale lista marzeń i planów jest długa.... a życie... nie wiadomo. Chociaż mój Tato powtarza, że życie dlatego pisze się przez zet z kropką, bo jest krótkie. Idąc tym tropem można stwierdzić, że skoro jest krótkie, to nie ma na co czekać ze spełnianiem marzeń, z realizacją planów... Może nie wszystko wyjdzie, może nie wszystko się uda, może idąc gdzieś, zawędrujemy zupełnie gdzie indziej, ale warto próbować, warto zaczynać tę drogę, chociażby miałoby się ileś razy zmieniać kierunek.

To i ja dzisiaj zaczynam kolejną drogę... a dokładniej Nowy Cykl pod tytułem "Po prostu Em". 

Pisanie to moja pasja, której nie praktykuję, bo nie potrafię. Nie potrafię pisać. Nie mam warsztatu. Nie znam zasad, ani nic w ogóle o tym nie wiem. Ale w głowie mam tyle historii, które same się opowiadają. Nie spisuję ich, bo nie wiem jak. I teraz przymusowo leżakując, postanowiłam zacząć pisać. Powoli i w nieco starym stylu: w odcinkach. Mam w głowie taką historię, ale to historia, która nie jest spisana, która nie jest opisana, która nie jest zaplanowana. To historia, która wędruje po mojej głowie i po prostu się dzieje.

A dzieje się w moim ukochanym Wrocławiu - w kolejnych odcinkach, podążam swoimi ulubionymi ścieżkami, zaglądam do ukochanych miejsc. Mam nadzieję, że uda mi się Wam przekazać magię tego wyjątkowego miasta, w którym mieszkam od urodzenia i które uważam za wyjątkowe.

Po prostu Em to historia różnych ludzi, którzy pędząc za marzeniami, nie zauważają tego, co ważne... historia ludzi wpadających w wir Wielkiego Miasta, które wciąga ich niemal bez reszty... historia ludzi, którzy powoli zaczynają rozumieć, że piękno, którego szukają, można znaleźć zupełnie gdzie indziej... w rzeczach prostych, w codziennych chwilach i małych sprawach, które są tak naprawdę wielkimi, bo budują nasze codzienne życie.

Spisanie tej historii to po prostu jakaś organiczna potrzeba, której nie potrafię się oprzeć. Więc wybaczcie, że ten mój blog wnętrzarski wzbogacę o opowiadania w odcinkach. Na swoją obronę rzeknę, że rzecz się będzie działa w klimatach również wnętrzarskich, które, jak wiecie, są mi bardzo bliskie i których nie mogłoby zabraknąć.

I co jakiś czas, oprócz dotychczasowych postów moich, będę pisać kolejny odcinek..... jeżeli będziecie chcieli śledzić tę historię, serdecznie Was zapraszam - będzie mi bardzo miło. Jeżeli będziecie mieli jakieś uwagi - bardzo o nie proszę, nawet o te najbardziej krytyczne i bolesne.




Po prostu Em. 



POCZĄTEK



Gdy 13 lat temu Em przyjechała do Wielkiego Miasta, miała głowę pełną pomysłów, stukartkowy brulion wypełniony spisywanymi od dawna pomysłami i marzeniami, listę ustalonych zadań do wykonania zaraz po przyjeździe, kartkę  z ważnymi adresami i tylko jedną walizkę. Właściwie to nawet nie była prawdziwa walizka, a jedynie torba na kółkach, kupiona w jedynym w jej miasteczku sklepiku odzieżowym, obok jedynego w jej miasteczku fryzjera. Ale za to jaka to torba była! Napisy: Paris, Milano, Niu York, Roma, Kair, London (nie mylić z Lądkiem) przeplatały się z rysunkami wieży Eiffla, krzywej wieży w Pizie, Statue of Liberty, Koloseum w Rzymie, Piramid. W żadnym z tych miejsc nie była, ale o każdym czytała w czasopismach, które Pani Aniela, sąsiadka jej Babci, specjalnie dla niej przywoziła z biblioteki w Es, w której pracowała. Zatem można było założyć, że zna je doskonale. Poza tym oglądała kanał Discovery, Fashion Tv, a u Pani Anieli archiwalne odcinki programu Pieprz i Wanilia, więc o wielkim świecie wiedziała sporo. Torba zatem świetnie do niej pasowała, podkreślając jej światową osobowość. Poza tym w Wielkim Mieście nikt przecież nie wiedział, że nos ze swojego miasteczka wychyliła po raz pierwszy, że nigdy i nigdzie wcześniej nie wyjeżdżała, jeśli nie liczyć jednej wizyty u laryngologa w pobliskim Es, gdy miała 7 lat i gdy w ucho użądliła ją osa, najwyraźniej poirytowana nagłą wizytą małej głowy Em w swojej dziupli. Ale Em nie mogła do niej nie zajrzeć, skoro Bliźniaczki Nowickie, z którymi przegrała w gumę po raz trzeci tego popołudnia, takie właśnie zadanie jej wyznaczyły. Babcia nie rozumiała, że Em musiała je wykonać, że to była sprawa honorowa i najwyższej wagi. Wykonanie przez Przegrywającego zadania, które wyznaczone zostało przez Wygrywającego, było na ich podwórku rzeczą świętą. Nie wykazawszy się jednak zrozumieniem dla tej idei, Babcia zakazała Em spotkań z Bliźniaczkami przez cały miesiąc, co zresztą i tak nie było potrzebne, bo wystraszone babciną miotłą Bliźniaczki, same zaczęły unikać Em.





Gdy 13 lat temu Em przyjechała do Wielkiego Miasta, była tlenioną blondynką z opalenizną rodem z Egiptu, w którym oczywiście nie była. Em jednak czuła, jakby była tam wielokrotnie, bo w solarium, do którego trzy razy w tygodniu chodziła, wisiały rysunki Piramid, zdjęcia Morza Czerwonego i wielbłądów, a do sfatygowanej, korkowej tablicy, obok nieco pożółkłego cennika, przypiętych było kilkanaście kartek pocztowych, które właścicielka solarium namiętnie słała do swoich pracownic z każdej podróży do kraju Faraonów. I gdy Em czekała na swoją kolej, oglądając te pocztówki, wyobrażała sobie, jak spaceruje z bogatym szejkiem tymi egzotycznymi uliczkami… jak kupuje kolorowe świecidełka na kolorowych targowiskach… jak zakutana w kolorowe chusty, jedzie przez pustynię w karawanie. Czekając na swoją kolej, czytała katalogi z Biur Podróży, którymi zasypany był stolik, ustawiony obok ekspresu do kawy, a potem rozmawiała z Panią Anielą o tych, jakże dalekich, krajach. Zatem można było założyć, że Egipt zna doskonale, a skoro tak, to ważnych ludzi w Wielkim Mieście, których zamierzała poznać, planowała uprzejmie informować, że opalenizna pochodzi właśnie z Egiptu. Przyjechała wszak do Miasta pod koniec maja, ze światową torbą i z wielkimi błękitnymi oczami, w których zdawał się zamieszkać lazur wszystkich nie-widzianych egzotycznych mórz i wszystkich nie-odwiedzonych hotelowych basenów, zatem wszystko było wielce prawdopodobne i dobre pierwsze wrażenie murowane.





Gdy 13 lat temu Em przyjechała do Wielkiego Miasta, ubrana była w czerwone szpilki, żółte spodenki i błękitną koszulkę na ramiączkach. Do tego różowa apaszka i światowa torba, na której królowała zieleń. Nikt nie mógł jej zarzucić, że wyglądała szaro, jak miasteczko z którego przyjechała. Chociaż, gdyby tak się zastanowić, to zieleń torby była tak zielona, jak soczysta trawa na łące za blokiem, w którym mieszkała z młodszą siostrą i Babcią, czerwień jej szpilek przypominała maki, które rosły wśród chabrów, stokrotek, fioletowych ostów i innych polnych kwiatów, które tak kochała i które przynosiła swojej Babci z każdego spaceru, gdy była mała. Błękit koszulki wyglądał tak, jakby odbiło się w nim niebo, które królowało nad pomarańczowymi dachami w jej miejscowości i które uwielbiała obserwować, gdy liczyła pojedyncze, białe chmurki, rysując ich kształty w podręcznym szkicowniku. Nigdy właściwie żadnej chmurki nie skończyła jak należy, bo one błyskawicznie zmieniały kształty, łączyły się z innymi, rozpływały…. Uwielbiała obserwować te spektakle, na które zapraszała ją natura i na które bilet miała zawsze w pierwszym rzędzie, siedząc na dachu, na starym krzesełku turystycznym swojego Dziadka, który wiele lat temu wyszedł po zapałki i już nie wrócił. Posyłał im tylko kartki pocztowe z Torunia, to z Łodzi, to z Gdańska, to wreszcie z Wielkiego Miasta, o którym zawsze marzyła. Marzyła, że kiedyś do niego pojedzie, podbije je szturmem i to ona będzie słała kartki, pisząc je na najbardziej designerskim stoliku, w najbardziej  nowoczesnym apartamencie, w najbardziej prestiżowej dzielnicy Wielkiego Miasta. Z dala od tego, co małomiasteczkowe, co przewidywalne i takie spokojne. Zdecydowanie za spokojne.



Matka natura stworzyła ją wszak do celów, do czego w żaden sposób nie mogła przekonać swojej Babci, która pomimo próśb i gróźb na żaden wyjazd się nie godziła, dopóki Em nie skończy 21 lat. Nie rozumiała Babcia, że 21 lat to już niemal emerytura dla młodej dziewczyny, która chciała podbić wielki świat. Nie rozumiała Babcia, że Em ma dość tego małomiasteczkowego świata, w którym wszyscy się znają, a każdy o każdym wie wszystko. Nie rozumiała Babcia i tego, że Em ma dość chodzenia ciągle tymi samymi drogami po miasteczku, które raptem miało dwadzieścia trzy ulice. I jakby nie kombinowała, to droga do domu ze szkoły, zawsze wyglądała tak samo. W wielkim mieście to dopiero możliwości: możesz pojechać tramwajem, możesz pójść „na około”, możesz pójść „na skróty” albo zahaczyć w drodze o galerię (bynajmniej nie z obrazami), możesz wstąpić do cukierni, możesz pójść do kosmetyczki tej lub tamtej, do fryzjera w rynku lub na peryferiach – tak… miasto dawało mnóstwo możliwości.







Gdy 13 lat temu Em przyjechała do Wielkiego Miasta, zostawiła w swoim mieście mały pokoik z bordową kanapą, brązowym biurkiem, z regałem z jasnej sklejki i z plakatami, wyrywanymi niegdyś z niemieckiego Bravo. Plakaty kupowała od Emilii z piątej b i przyklejała do ściany klejem tak mocnym, że chcąc wiele lat później je odkleić, papier ściągała wraz z tynkiem. Dla świętego spokoju i żeby nie usłyszeć od Babci kolejnego: „a nie mówiłam”, zostawiła je na swoim miejscu. Kupowała je za kanapki, które codziennie robiła jej do szkoły Babcia, a których z kolei nigdy nie miała Emilia. Jej rodzice byli zbyt zajętymi ludźmi, by zajmować się tak prozaicznymi sprawami, jak śniadanie do szkoły dla swojej jedynej córki. Ale co z tego, że Emilia nigdy śniadania nie miała, skoro jej różowy tornister wypełniony był pachnącymi gumkami, kolorowymi kredkami i zeszytami z kolorowymi okładkami. Co z tego, że nigdy nie czekał na nią ciepły obiad, skoro ubrana była w ciuchy, o jakich Em mogła tylko pomarzyć. Co z tego, że Emilia od rana do nocy była sama, skoro miała tyle kolorowych zabawek, że mogłaby nimi obdzielić niejedną świetlicę. Nie to, co Em, która z kolorowych zabawek miała tylko brązowo-zielonego misia w kratkę z urwanym uchem, a każdy jej dzień wypełniony był nakazami, zakazami, obowiązkami: rano obowiązkowo zupa mleczna, chociaż nie wiem, jakbyś się człowieku wykręcał… po szkole dwudaniowy obiad z deserem, po którym obowiązkowy, półgodzinny odpoczynek, chociaż nie wiem, jakbyś człowieku tłumaczył, że Ty musisz już teraz i natychmiast na łąkę gnać, że tam czekają, że muszą tę żabę znaleźć, bo żabom trzeba pomagać, a wczoraj jedna im się zgubiła. Nie to, co Emilia, która zawsze i wszędzie mogła robić tylko to, co chciała. Życie nie jest sprawiedliwe.





Gdy 13 lat temu Em przyjechała do Wielkiego Miasta, zostawiła w swoim miasteczku wszystko, co w życiu ważne i piękne. Zostawiła zapach dzikich łąk, których w wielkim mieście jak na lekarstwo, zostawiła ludzi, którzy może i wiedzieli o niej wszystko, ale którzy lubili ją taką, jaką była: nieco roztrzepaną, za często zamyśloną, ale zawsze pomocną, honorową i dotrzymującą słowa. Zostawiła osiem bezdomnych kotów, które codziennie dokarmiała, a które dokarmiać zobowiązała się młodsza siostra. Zostawiła rozgwieżdżone niebo, które w wielkim mieście blednie przy tysiącu latarni, tysiącu biurowych okien, rozświetlonych do późnych godzin nocnych i tysiącu świateł reflektorów pędzących samochodów, w których siedzieli ludzie, którzy zawsze się spieszyli i którzy już i natychmiast musieli być tam, dokąd właśnie jechali.





Gdy 13 lat temu Małgosia, którą Babcia nazywała Em, a która sama przedstawiała się jako Margaret, przyjechała do Wielkiego Miasta, wysiadła na peronie numer 3. Ze światową torbą na kółkach, z niezwykle ważnym brulionem, z głową pełną marzeń i duszą wypełnioną nadzieją, przeszła przez ogromny hol Dworca Głównego, wyszła na ulicę Piłsudskiego i ruszyła zdobywać świat. Wielki świat Wielkiego Miasta.

***




Ciąg dalszy znajdziecie tutaj



Dziękuję Wam, jeśli przeczytaliście,
Jeśli nie przeczytaliście - też dziękuję, może uniknęłam kompromitacji straszliwej.


Już weekend i życzę aby był dla Was piękny :)
Kto organizuje garden party? :)))))
Pozdrawiam,
Magda :)






25 komentarzy:

  1. Madziu wiele razy już Ci pisałam, a dzisiaj powtórzę mogłabyś zostać pisarką i z powodzeniem publikować kolejne książki. Masz taka lekkość i swobodę w swoich tekstach i jak domyślam się pisanie sprawia Ci ogromną przyjemność.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ewuś dziękuję Ci :)))) ja nigdy tak naprawdę nie pisałam fikcji, tylko wszystko w głowie zostawało. Ale jest to dla mnie straszna przyjemność. Zawsze po napisaniu kolejnego posta, czułam ogromną satysfakcję, zwłaszcza wtedy, gdy był nie tylko o wnętrach, tylko gdy był jakąś historią. Dziękuję za komplement, który jest dla mnie bardzo ważny :)))))

      Usuń
  2. Zgadzam się z Ewą, nie myślałaś nigdy o pisaniu, ale tak na poważnie? jeśli nie, to mysle, że powinnaś :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I Tobie Marysiu dziękuję ślicznie :))))) o pisaniu nie tyle myślałam, co marzyłam.... że siedzę w swoim domku, w gabinecie z widokiem na góry, na Śnieżkę, za oknem strumyk, a ja piszę :)))) takie tam marzenia. A teraz leżę z tą nogą, nic nie mogę zrobić, co mnie strasznie męczy, więc kawałek tego, co w głowie się napisało, przelałam na papier i nawet nie wiem, jak strasznie ważne są dla mnie Wasze słowa! Bardzo Ci dziękuję :)))

      Usuń
    2. Ja Ci życzę Madziu, aby kiedyś te marzenia się urzeczywistniły :)))

      Usuń
    3. Bardzo Ci dziękuję Marysiu :)))))))))))))))))))))) :****************

      Usuń
  3. Odpowiedzi
    1. Bardzo Ci dziękuję :)))) to, co napisałaś sprawia, że tu odpisuję na komentarz, a w głowie opowiada się dalsza część historii Em :))))))) Dziękuję :))))

      Usuń
  4. Przeczytałam z przyjemnością! :) I przeczytam ciąg dalszy, jak napiszesz :)
    Uściski wielkie, miłego weekendu! :****

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O rany..... to są dla mnie niesamowite słowa, których się nie spodziewałam, bo myślałam, że nikt nie zostawi komentarza, bo może głupio będzie napisać, że do bani to pisanie. Więc bardzo Ci dziękuję :)))))))))))))) i ściskam serdecznie :)))) pięknego weekendu :))))

      Usuń
  5. Podziwiam za lekkość pisanego słowa:) To jest dar...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za wyjątkowy komplement Ewuś :))))))

      Usuń
  6. jeśli masz talent (a masz!) to żaden warsztat nie jest ci potrzebny :) autor cyklu dziedzictwo, którego pierwsza część została sfilmowana, miał 14 lat i nie posiadał żadnego warsztatu :) więc jeśli pisanie przychodzi Ci lekko to snuj dalej historie a każda kolejna będzie lepsza :)
    czekam na ciąg dalszy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo Ci dziękuję :))) ja to myślę, że jednak warsztat jest potrzebny, te wszystkie wiadomości o budowie akcji, zdania, akapitów, planowanie i tepe :) bo ja to właśnie tak snuję sobie w tej głowie, a co się wysnuje to zapisuję. To znaczy teraz zapisuję, bo wcześniej tylko w głowie snułam :) i tak się cieszę, że na ciąg dalszy czekasz..... dla mnie to nie do uwierzenia po prostu.... :)

      Usuń
  7. Fajnie piszesz :) To bardzo dobrze że zaczęłaś realizować kolejne marzenia. Zgadzam się z Tobą i twoim tatą, że życie jest krótkie, więc musimy działać, by zrealizować swoje pasje, marzenia. Wiem, że często brakuje nam motywacji i odwagi, ale trzeba się przełamać. Pozdrawiam ciepło:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Warto się przełamywać, najwyżej coś nie wyjdzie, ale próbować chyba warto :) również cieplutko pozdrawiam :)))

      Usuń
  8. Świetne! Przeczytałam z prawdziwą przyjemnością i czekam na ciąg dalszy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o rany..... już nie wiem, co odpowiedzieć, bo tak się cieszę...... dziękuję po prostu bardzo! :)))))))

      Usuń
  9. Moja Droga, pięknie piszesz, zdecydowanie masz talent !!! Bardzo ciekawie zapowiada się ta historia, juz jestem ciekawa dalszych jej częśći:)))
    Pozdrawiam Cię serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Agato :)) za dobre słowa i za to, że jesteś ciekawa :))))) pozdrowienia serdeczne :***

      Usuń
  10. zostałam wciągnięta w powieść w odcinkach! cieszę się, że za chwilę przeczytam kolejny ;p (bo już widziałam odcinek nr 2)
    Magdaleno, masz ogromny talent!
    fantastycznie, że zdecydowałaś się opublikować swoje opowiadania :)))
    i dać nam czytelnikom tyle radości :)))))))))))
    PISZ! nie przestawaj!
    buziaki :))))))))))))))))))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Karolka dziękuję z całego serca :)))))))))))))))))))))))) Buziaki Kochana :**********

      Usuń
    2. zapomniałam dodać, że końcowe zdjęcie łąki i kwiatów jest przepiękne! :D

      Usuń
  11. przeczytałam i naprawdę mnie wciągnęło,jestem bardzo ciekawa jak Em poradzi sobie w Wielkim Mieście :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci bardzo - każda taka opinia jest dla mnie bardzo ważna, motywuje... uskrzydla :)))

      Usuń

Za każdy pozostawiony ślad pięknie dziękujemy :) Blog żyje dzięki Waszym komentarzom :)