wtorek, 8 lipca 2014

Po prostu Em. - odc. 3


Zapraszam na Odcinek 3






***

Przez chwilę miał wrażenie, że znów ją widzi. Wiedział jednak, że to niemożliwe. Przyzwyczaił się już do tego, że od wielu, wielu lat widzi ją w niemal każdej wysokiej dziewczynie o blond włosach i za każdym razem się myli. Pomimo tego, że zawsze był prawie pewien, że to kolejna pomyłka, szedł za taką dziewczyną. Szedł dopóty, dopóki ona się nie odwracała, a jego zalewała fala rozczarowania. A teraz był zły i zmęczony i nie chciało mu się dłużej czekać, aż blond głowa, należąca do siedzącej z przodu wagonika tramwaju numer dziewięć, dziewczyny, spojrzy w jego stronę, by mógł się przekonać, że po raz kolejny się pomylił. Zaczął zwracać głowę w kierunku szyby… gdy nagle zarejestrował drobny szczegół. Zaraz… chwileczkę… taką muszelkę na ramieniu to widział tylko u niej… to niemożliwe…. TO nie jest możliwe! TO jest możliwe! Stefan z szeroko otwartymi oczami patrzył i nie wierzył: czy ta dziewczyna z wichurą blond włosów, w żółtych spodenkach, czerwonych szpilkach i z różową apaszką, może być tą samą dziewczyną, którą wiele lat temu obserwował ze swojego strategicznego punktu nad rzeką, gdy ta wdrapywała się na drzewo, ze stosem czasopism pod ręką, gdy przesiadywała na pomoście lub gdy spacerowała z kudłatym Felkiem?

Tamta dziewczyna miała wiecznie podrapane kolana, nosiła kalosze nawet wtedy, gdy nie padało i szaro-zielone ubrania. Z tego, co wiedział, kolory te miały za zadanie pomóc jej wtopić się w otoczenie i stać niewidzialną dla ciekawskich, spacerujących nad rzeką ludzi, oczu. Ale to wiedział od jej siostry, od Zosi, z którą zawarł tajemny pakt o niewydaniu, kiedy to Zosia znalazła kiedyś jego kryjówkę i której godzinami mógłby słuchać, byleby tylko mówiła o Em. O jego Małgosi. Problem polegał jednak na tym, że Zosia, z natury małomówna, mówiła niewiele, więc godzinami raczej milczeli, a on tym bardziej chłonął każde jej słowo, gdy postanowiła się jednak odezwać, wyławiając każdą informację o Em.

Dziewczyna z muszelką na ramieniu nagle wstała i mówiąc coś do chwiejącego się mężczyzny, zaczęła iść w stronę Stefana. Przez chwilę był przekonany, że idzie do niego, że jakimś cudem wyczuła jego palący wzrok i nawet się tego przestraszył, bo nie wiedział czy jest gotowy na takie spotkanie. Za każdym razem, gdy mu się śniła, przez kilka dni nie mógł dojść do siebie. Za każdym razem, gdy wydawało mu się, że ją widzi, przez tydzień chodził jak skołowany. Ponieważ śniła mu się niemal każdej nocy i „widywał ją” dosyć często, przez większą część swego życia chodził lekko oszołomiony.

Małgosia przeszła obok niego, kierując się na tył wagonika, a on nie mógł złapać oddechu. To się dzieje naprawdę. Ona naprawdę tu jest.


Właściwie to on nie powinien był dzisiaj wsiąść do tego tramwaju. Zawsze jeździł siedemnastką, ale dzisiaj wykład z komunikacji, który odbywał się w budynku polonistyki, trochę się przeciągnął i gdy dobiegł do przystanku przy Hali Targowej, zobaczył jak liczba 17 na tylnej szybie tramwaju, robi się coraz mniejsza, coraz mniejsza, aż całkowicie mu się zamazała. Poczuł wtedy, jak rośnie w nim złość. Nic mu się dzisiaj nie układało. Najpierw kłótnia z Tatą, który nie mógł zaakceptować, że ustawiona przez niego randka z córką wpływowego dyrektora Szpitala Akademickiego, całkowicie i absolutnie Stefana nie interesuje. Przez tę kłótnię wybiegł z domu bez śniadania i niestety bez pracy, którą pisał dla Piotra przez ostatnie dwa tygodnie, a którą jutro Piotr miał oddać na uczelni. Potem odwołane ćwiczenia, przez które zrobiło mu się dwugodzinne okienko, za krótkie by jechać do domu, a za długie, by siedzieć w budynku. Poszedł zatem nad Odrę, aby poobserwować statki, gdzie na swoje nieszczęście spotkał, spacerującą z psem, córkę dyrektora szpitala. Niestety nie umiał szybko wymyślić wymówki, która uratowałaby go przez jutrzejszym wyjściem z nią do kina, które ustawili im ich rodzice. 

- Tato się ucieszy – zrezygnowany myślał z przekąsem, wracając na ostatnie ćwiczenia tego dnia. W przeciwieństwie do Oli Walczak, która, w tym samym czasie, wracała do domu cała w skowronkach.


A teraz jeszcze ten tramwaj. Spóźni się na spotkanie z chłopakami, z którymi co tydzień grał  w tenisa na korcie obok Parku Południowego. Dzisiaj nie grali, bo po ostatniej kontuzji kolana jeszcze nie doszedł do pełnej sprawności, ale umówili się na piwo w Agawie, do której zawsze chodzili po skończonym meczu. I teraz się spóźni, a nic tak bardziej nie denerwowało go u innych, jak właśnie spóźnianie się.


Nie rozumiał po co im te wykłady, po co lekarzowi wiedza z zakresu komunikacji. Przecież wiadomo, że pacjent jest najważniejszy, że po to się Stefan uczy i po to ślęczy po nocach nad książkami, studiując kolejne kości, ścięgna i układy, aby temu pacjentowi pomóc. Wiadomo, że trzeba go wysłuchać, doradzić, że czasem rozmowa działa jak najlepsze lekarstwo. Ale po co się o tym uczyć? Czy umiejętności rozmowy z pacjentem można się w ogóle nauczyć? Profesor Staniwiak, jeden z wykładowców na Akademii Medycznej i jeden z najlepszych kardiologów na Dolnym Śląsku, najwyraźniej uważał, że tak, a ponieważ od niego zależało, gdzie biedna studencina dostanie się w przyszłości na praktyki, na wykłady trzeba było chodzić. Jednak skoro profesor Staniwiak sam wiedział na ten temat niemal wszystko, napisał nawet o tym książkę, to dlaczego na wykłady musieli jeździć na polonistykę? Dlaczego prowadziła je ta zmanierowana starsza baba? Według profesora Staniwiaka była to najlepsza w Polsce socjolożka i skoro zgodziła się udzielić leniwym studentom, którym zależy tylko na wpisie w indeksie, kilku wskazówek, to powinni jej dziękować i z zapartym tchem słuchać, chodząc bez szemrania na kolejne wykłady. On potem sprawdzi. To, że sprawdzi, powiedział dopiero po trzecim wykładzie, wskutek czego, na studentów drugiego roku medycyny padł blady strach, ponieważ na trzech pierwszych wykładach, było ich tylko kilkoro. Nie było zatem odwołania. Uzupełniwszy notatki od zawsze pilnej Marceliny, raz w tygodniu jeździli na Plac Nankiera, by przez półtorej godziny słuchać o sposobach komunikowania się, o technikach komunikowania się, o modelach komunikowania się, o rodzajach komunikowania się …. o doborze słownictwa, o empatii….. uff… jeszcze tylko dwa wykłady i z głowy.

Nie spuszczając oka z Małgosi, zauważył, że stanęła przy tylnym podeście, co było dla niego dość wyraźnym sygnałem, że na kolejnym przystanku również i on będzie musiał wysiąść. Po chwili stał na przystanku obok słupka z rozkładem jazdy, patrząc, jak Małgosia wyciąga z torby taśmę klejącą i odrywając zębami małe jej kawałeczki, skleja chyboczący się obcas, pomrukując przy tym coś, czego Stefan niestety nie dosłyszał. Nie mogąc zdobyć się jednak na to, by do niej podejść, po prostu stał i patrzył. Gdy dziewczyna po chwili podniosła głowę, szukając wzrokiem tego, kogo spojrzenie już najwyraźniej wyczuła, zauważył, jak w jednej sekundzie zrobiła się buraczkowa. Tak, to była już jego Małgosia. Jego Em, która za każdym razem, gdy się wstydziła, robiła się momentalnie buraczkowa. Nie czerwona, nie czerwonawa – po prostu buraczkowa, jak surowy, dojrzały burak, gdy się go obierze ze skórki.


***


Spoglądając w oczy Stefana, mając w zębach jeszcze resztki taśmy, a lewą nogę wygiętą w nienaturalny sposób, czuła, jak gorąca fala coraz bardziej rozlewa jej się po twarzy. To niemożliwe. To po prostu niemożliwe – dlaczego pierwszą znajomą osobą, którą musiała spotkać w Wielkim Mieście, był właśnie Stefan, bo to chyba jest Stefan, który na dodatek musiał być świadkiem jej nieudanej próby reanimacji szpilek. Małgosia błyskawicznie poderwała się z ławki. Wygładzając nerwowym ruchem spodenki i koszulkę, które kupiła tydzień temu na targu, uniosła wysoko podbródek i wyzywająco patrzyła na Stefana. Gdy zauważyła, że ten rusza w jej stronę, wpadła w lekką panikę, nie miała bowiem pojęcia jak się zachować. Na szczęście Stefan podszedł do niej z tak szerokim uśmiechem, że nie pozostało jej nic innego, jak uśmiech ów odwzajemnić. I tak stali naprzeciwko siebie, uśmiechając się do siebie, potrząsając powoli dłońmi, które sobie podali. Małgosia nie bardzo wiedziała co zrobić, bo potrząsać już przestali, a Stefan dalej dość mocno trzymał ją za rękę. Na szczęście nagle ją puścił, złapał za jej torbę i rzuciwszy krótkie:
- Dokąd? – ruszył pewnym krokiem przed siebie.

Małgosia podała mu nazwę ulicy i ruszyła za nim. I szli tak obok siebie w milczeniu ulicą Skierniewicką, szli nic nie mówiąc ulicą Sudecką, a gdy z Sudeckiej skręcili w lewo w ulicę Kampinoską i stanęli przed wielkim domem z numerem 27,  Stefan mówiąc nagle „do jutra” odwrócił się, jakby miał odejść. Małgosia stała osłupiała, tracąc na chwilę oddech, gdy ten nagle śmiejąc w głos powiedział:

- Żartowałem! – Małgosia z ulgą odetchnęła  – ale jutro i tak wpadnę – Małgosia znów nabrała powietrza i przestała oddychać – musisz mi wszystko opowiedzieć, dokładnie i ze szczegółami: co tu robisz, skąd się tu wzięłaś i dlaczego tak późno przyjechałaś. A teraz lecę, bo już jestem całkiem spóźniony. Do jutra! – i już go nie było.


Małgosia patrząc jak biegnący Stefan, skręca na końcu ulicy w lewo, zastanawiała się, czy kiedykolwiek widziała go tak energicznego. Następnie chwyciła za torbę i nacisnęła biały dzwonek, który był dziwnie wciśnięty pomiędzy betonowy słupek ogrodzenia, a stalową ramę furtki. Skutkiem ubocznym, zbyt gwałtownego ruchu, gdy chciała wycofać dłoń ze szczeliny, w której uwięzła jej ręka, był złamany paznokieć. Zaledwie wczoraj, razem z pozostałymi dziewięcioma, został on doklejony do jej własnych, przez największą specjalistkę od tipsów w całej jej miejscowości. Machając odruchowo palcem z resztką czerwonego paznokcia, usłyszała odgłos otwieranych drzwi. Patrząc na wyłaniającą się z ogromnego domu postać, po raz kolejny tego dnia Małgosia oniemiała. Postać nie przypominała bowiem przygarbionej staruszki, którą Małgosia spodziewała się tu zastać.

- Do przodu! Pchnij do przodu! – ostro krzyczała do niej dystyngowana postać, z misternie ułożonym kokiem, która była ubrana w długą, szarą suknię, z białym, wykrochmalonym kołnierzykiem, zapiętym co do ostatniego guzika. 

Małgosia cofając się o krok, aby sprawdzić, czy numer na tabliczce przy furtce się zgadza, zastanawiała się, czy jednak dobrze zapamiętała adres. Kartka przepadła, nie miała zatem jak tego sprawdzić. Musiała wejść. Idąc powoli ku wyprostowanej jak struna postaci, rozglądała się po ogrodzie, który dawno nie widział ręki ogrodnika: chwasty rosły jak chciały, kąkole, które powoli zaczynały już kwitnąć, oplatały mniejsze drzewka, a gdzieniegdzie wśród wysokich traw, widać było suche, zeszłoroczne liście drzew, które najwyraźniej nie zostały sprzątnięte.

- Żwawo dziewczyno, nie będę tu stała do nocy – dystyngowana postać najwyraźniej się mocno niecierpliwiła, więc Małgosia przyspieszyła kroku i po chwili stała oko w oko z wysoką staruszką, chociaż określenie staruszka, nie było tutaj najodpowiedniejsze.

***

Siedząc 20 minut później w ogromnej kuchni, z wielkim kubkiem parującego, ziołowego naparu, Małgosia z zainteresowaniem rozglądała się po pomieszczeniu. Przyglądała się również ukradkiem Pani Jadwidze, która parzyła teraz zioła dla siebie.
- To miłe, że lubisz rumianek. Każdego wieczoru, przed snem, piliśmy z Kazimierzem właśnie rumianek. Parzył go dla mnie w tym zielonym kubku, a sam pił z tego, który teraz trzymasz. 

Małgosia popatrzyła na trzymany przez siebie kubek i cofając się pamięcią wiele lat wstecz, zobaczyła swoje małe rączki, które trzymają kubek dokładnie tej samej wielkości i siebie siedzącą na krześle w ich kuchni, podczas, gdy po drugiej stronie kuchennego stołu z kubkiem równie wielkim, siedział na taborecie Dziadek. Zawsze miała problemy ze snem i często budziła się w nocy, nie mogąc znów zasnąć. Gdy nie mogła zasnąć dłuższą chwilę, dreptała do kuchni. Zapalała światło i siedząc w towarzystwie Felka, próbowała czytać dorosłą gazetę. Po chwili wstawał Dziadek, pytał się co ona tu robi o tej porze, bo przecież dawno powinna już spać i parzył dla nich rumianek, który w milczeniu pili. Gdy wypijała ostatnią kropelkę, Dziadek brał od niej kubek, wstawiał do zlewu i odprowadzał ją do pokoju, który dzieliła wtedy z siostrą. Zosia zwykle już dawno spała, więc Em cichutko wślizgiwała się pod kołdrę i zasypiała. I tak niemal każdej nocy. Do momentu kiedy zniknął. Wtedy Małgosia nie chodziła już do kuchni, gdy zdarzyło jej się w nocy przebudzić i wtedy też obiecała sobie, że nigdy już nie wypije rumianku.

A teraz siedzi w tej olbrzymiej kuchni, która była prawie taka, jak ich całe mieszkanie i w towarzystwie tej nieznajomej i dziwnej nieco kobiety, popija, jak gdyby nigdy nic, rumianek z kubka Dziadka. Najpierw Stefan, teraz to. Jest we Wrocławiu zaledwie kilka godzin, a już tyle się wydarzyło. Wielkie Miasto naprawdę potrafi zaskakiwać.

Tymczasem Pani Jadwiga usiadła na krześle obok niej i patrzyła. Patrzyła na nią i nic nie mówiła. Czy tak się zachowuje gospodyni domu? Czy można tak patrzeć na gościa i nic kompletnie nie mówić? Małgosia zaczęła czuć się coraz bardziej nieswojo, a po chwili zaczęła się nawet wiercić i to najwyraźniej wybiło Panią Jadwigę ze stuporu. 

- Przepraszam, przepraszam, że tak Ci się przyglądam, pewnie wprawiłam Cię w zakłopotanie – głos Pani Jadwigi w niczym nie przypominał tego ostrego tonu, który poganiał ją od furtki. Był ciepły, przyjemny i nawet życzliwy. A w oczach gospodyni Małgosia zauważyła po raz pierwszy wesołe iskierki – jesteś bardzo podobna do Kazimierza, to znaczy do swojego Dziadka, te oczy….. myślałam, że już nigdy ich nie zobaczę… - Pani Jadwiga wstała, wyszła z kuchni, po czym wróciła ze srebrną ramką w ręce.

- To ja z Twoim Dziadkiem podczas naszych pierwszych, wspólnych wakacji. Kazimierz namówił mnie na te żagle, a ja nawet nie umiałam pływać. Przy nim zawsze czułam się tak bezpiecznie – Pani Jadwiga czułym gestem pogładziła szybkę, pod którą faktycznie znajdowało się zdjęcie dwojga ludzi. Stali na żaglówce, ubrani w białe stroje. Uśmiechnięci, opaleni i przytuleni do siebie – Masz jego oczy. Oczy, przy których błękit mazurskiego nieba wydawał mi się zawsze taki szary - mówiąc to, Pani Jadwiga pogładziła czułym gestem szybkę i położyła ramkę ze zdjęciem na stół.

Małgosia prawie nie poznała Dziadka. Nigdy nie widziała go tak uśmiechniętego. Uśmiechał się, a jakże, czasami śmiali się nawet do rozpuku, gdy siedząc na pomoście, Małgosia po raz kolejny zaczepiła spławikiem o drzewo, próbując machnąć wędką „po dorosłemu”. Ale nigdy nie widziała w jego oczach tego…. Właściwie co to było…. Spokój? Błogość?

- Przepraszam za to ostre przywitanie przed domem, jestem po prostu nieco zdenerwowana – mówiła dalej Pani Jadwiga – chodź Małgorzato, pokażę Ci Twój pokój. 

Powiedziawszy to, Pani Jadwiga wyszła po prostu z kuchni i nie sprawdzając, czy gość idzie za nią, ruszyła na piętro domu. Małgosia odstawiła kubek i posłusznie poszła za panią domu.


c.d.n.

Odcinek 4 - tutaj



Dziękuję Wam ślicznie...  :)
Pozdrawiam,
Magda

22 komentarze:

  1. Magda Ty jesteś niesamowita!! Niesamowita, wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju! Właśnie odkrywam tą Twoją książkę i każdą z części z zapartym tchem przeczytałam,a proste to nie było bo Maja siedzi mi na kolanach i ryczy, i biedne dziecko o kaszkę wola i o Strażaka Sama bo rybka mini spać poszła, a tu wyrodna matka tylko ciiii, cii już kończę, jeszcze chwileczkę;p Ja sobie to jeszcze raz na spokojniej przeczytam, ale juz wiem, że chcę więcej i więcej, to jest świetne!:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Olu bardzo, bardzo Ci dziękuję za te piękne słowa. Wczoraj już przeczytałam, ale nie mogłam pisać, bo się wzruszyłam za bardzo. Cała ja. I w zasadzie nie wiem, co mądrego napisać, to napiszę tylko - DZIĘKUJĘ :***********

      Usuń
  2. Dziękuję za kolejną porcję......Pięknie .....
    Buźka Słońce .....jesteś Wielka !!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana dziękuję Ci :)))) i za te słowa i za informację o tym moim pisaniu na Twoim blogu. To zaszczyt, że wzmianka o Em znalazła się w Twoim świecie :)))))))))))) Ty jesteś Wielka :***************

      Usuń
  3. ha, ha zaczęło się love story :)))
    już nie mogę doczekać się kolejnej części :D
    ps. na drugie mam Małgosia, a mój Piotrek kocha wątróbkę z jabłkami ;p
    super fajnie :)))))))))))) dziękuję Ci Magda i czekam na więcej :)
    buziaków moc!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaczęło się :))))))))))) ja też uwielbiam wątróbkę z jabłkami, nigdy nie umiem jej odmówić :)))) dziękuję Ci Karolu Małgosiu za te słowa, za ten komentarz, za @ :)))))))))))))))))))))))))))) buziole ślę :****************

      Usuń
  4. Cudnie, czekam na dalszy ciąg:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla tych pięciu słów chce się pisać :))))))))))))) Dziękuje Aga :)))) :*************

      Usuń
  5. Opowieść się rozkręca...czekam na ciąg dalszy:)))
    Miłego dnia Moja Droga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agatko dziękuję Ci bardzo, za Twój ślad pozostawiony, że czytasz :)))) i że czekasz :))) niesamowite to wszystko. Serdeczności moc posyłam :))))))))))

      Usuń
  6. Bardzo ciekawa historia! Brawo :) Czekam na więcej i pozdrawiam - M.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :))))))))))))))))))))))))))))))))))))) wzruszają mnie takie słowa i nie wiem, nie wiem co odpisać :) Zatem DZIĘKUJĘ :*********************

      Usuń
  7. Magda, jesteś szałowa!:-) Masz bardzo lekkie pióro i wkręcam się coraz bardziej:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rany..... poprzeczka się podwyższa... czy sprostam? Zaczynam mieć stracha :) Dziękuję pięknie za Twoje słowa :)))))))))))))) BUZIAKI :************************

      Usuń
  8. bardzo dobrze się czyta ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo Ci dziękuję za komentarz i za opinię i za to, że czytasz :))))))))))))))))))))))))))))) serdeczności :****

      Usuń
  9. Kochana rewelacja!!!!!!!!!! czekam na więcej i uważam że piszesz świetnie masz talent Kochana :)))))) wydać to trzeba i już:)))))))) KONIECZNIE :)))))))))))
    całuje i tule i do sklikania w poniedziałek bo jutro wyjeżdżamy na pare dni : ))) jupii

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Madziu dziękuję pięknie :)))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))) udanego wyjazdu - odpoczywaj i ciesz się słońcem :))))) Buziaki :****************

      Usuń
  10. Magda... czekam z utęsknieniem na kolejną część...kocham, kocham, kocham. Buziaki dla Ciebie i dobrego dnia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Olu pięknie i ślicznie dziękuję, dziękuję, dziękuję :)))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))) udanego malowania :) i dobrego dnia :)

      Usuń
  11. Czytam, czytam i zastanawiam się, czy to czysta fikcja literacka, czy może historia mająca swoje źródło w realu?Jakby nie było dar do pisania posiadasz wielki.Próbowałaś kiedyś wysłać coś takiego do jakiegoś wydawnictwa?Może powinnaś spróbować? Ale zadałam Ci pytań:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od urodzenia mieszkam we Wrocławiu, ale uwielbiam wątróbkę z jabłkami i kiedyś dostałam od Dziadka metalową skarbonkę PKO :) nigdy Ewuś nie próbowałam nic nigdzie wysłać, bo to jest pierwsza rzecz, jaką piszę :) buziaki posyłam i dobrego wieczoru :)

      Usuń

Za każdy pozostawiony ślad pięknie dziękujemy :) Blog żyje dzięki Waszym komentarzom :)